sobota, 7 grudnia 2013
piątek, 1 listopada 2013
Ucieczka przed świętem "wszystkich świętych" i zaduszkami.
Pierwszy listopad - święto "wszystkich świętych" - dzień wolny od pracy i tuż za nim drugi - już nie wolny. Swój stosunek do tych świąt wyraziłem w postach w poprzednich latach. W tym roku postanowiłem się od nich uwolnić i nie poddawać się ogólnemy amokowi, w jakim znajduje się duża część naszego społeczeństwa i nie biegałem po cmentarzach. Na swoichy grobach byłem kilka dni wcześniej: u Zbyszka i Grzegorza - moich przedwcześnie zmarłych synów; u rodziców i u Galiny na Prawosławnym. Nie muszę sobie przypominać o Nich tylko w te dwa dni. Ja o Nich pamiętam przez cały rok. Oni żyją we mnie, i nie muszę ich przywoływać okazjonalnie. A na groby jeżdżę dwa, czasem trzy razy w roku, ale tylko wtedy, gdy mam taką, wewnętrzną potrzebę, a nie z nakazu religijnego obowiązku.
Wielu moich znajomych szykuje się na spotkanie z "duszami" zmarłych jak na jakąś wyprawę. Czasami aż żal patrzeć na starszych ludzi idących, z zakupionymi, czasami za ostatnie pieniądze, wiązankami i zniczami. Ona idzie o "szwedkach", on podpiera się laską, a w drugiej ręce siatka. Zmęczeni i opadający z sił. Idą, bo tak im nakazuje tradycja, narzucona przez Kościół katolicki. Później te wyprawy odchorywują. W swoim mniemaniu uważają, że spełnili swój obowiązek wobec zmarłych. Tak też myślą młodzi.Też idą ze wględu na tradycję i aby się nie narazić opinii publicznej. Bo co sobie pomyślą patrzący przechodnie na grób zasypany opadłymi liściami i wygasłymi zniczami. Uważają, że taki grób wygląda smutnie. A czy są na naszch cmentarzach groby wesołe? Nie można oceniać ludzi po ilości zapalonych zniczy i położonych kwiatów. Czasami świadczy to o obłudzie i chęci pokazania się znajomym, że troszczę się o pochowaną tu osobę, mimo że za życia nie wiodło się najlepiej.
Każdy człowiek ma wolną wolę i postępuje tak, jak uważą. Ja nikomu nie odbieram prawa chodzenia na mogiły swoich bliskich. Wielu ludziom wyjście w ten dzieńna cmentarz jest potrzebne i nie moż nikt tej potrzeby zabronić. Wielu tylko na cmentarzu może rozmyślać nad przemijaniem i refleksji nad swoim życiem. Gdyby nie poszli, to uważaliby, że popełnili grzech zaniedbania . Jest to im potrzebne tak, jak różaniec podczas wieczornej modlitwy. Gdyby nie poszli, mieliby poczucie niespełnionego obowiązku wobec zmarłych.
Ja też mam wolną wolę i chodzę na cmentarz kiedy chcę. Zgodnie ze swoimi potrzebami odwiedzam swoje groby 2-3 razy w roku wtedy, gdy mam wewnętrzną potrzebę medytacji. Inni w dniu 1-2 listopada. Ich wola - ich prawo.
Jednak na zadawane mi pytanie: czy byłem w tych dniach na cmentarzach? gdybym odpowiedział twierdząco, to pytający wyrazi zainteresowanie i swego rodzaju zadowolenie. Ja jednak odpowiadam, że w tych dniach po cmentarzach nie latam i wtedy następuje konsternacja, zdziwione milczenie i nowe pytanie: jakto! Nie masz żadnych grobów bliskich ci osób? Mam. Uważają mnie za dziwaka. Nie mogę nikogo ze swoich znajomych przekonać do swoich racji. Oni mają pamięć na cmentarzu - ja w sercu. Taki stosunek do mnie uważam za swego rodzaju dyskryminację. Dlaczego mam się tłumaczyć ze swich postaw życiowych?
No cóż ... Chociarz dobrze, że nikt mnie siłą na cmentarz nie pognał. Ark.Hen.
Wielu moich znajomych szykuje się na spotkanie z "duszami" zmarłych jak na jakąś wyprawę. Czasami aż żal patrzeć na starszych ludzi idących, z zakupionymi, czasami za ostatnie pieniądze, wiązankami i zniczami. Ona idzie o "szwedkach", on podpiera się laską, a w drugiej ręce siatka. Zmęczeni i opadający z sił. Idą, bo tak im nakazuje tradycja, narzucona przez Kościół katolicki. Później te wyprawy odchorywują. W swoim mniemaniu uważają, że spełnili swój obowiązek wobec zmarłych. Tak też myślą młodzi.Też idą ze wględu na tradycję i aby się nie narazić opinii publicznej. Bo co sobie pomyślą patrzący przechodnie na grób zasypany opadłymi liściami i wygasłymi zniczami. Uważają, że taki grób wygląda smutnie. A czy są na naszch cmentarzach groby wesołe? Nie można oceniać ludzi po ilości zapalonych zniczy i położonych kwiatów. Czasami świadczy to o obłudzie i chęci pokazania się znajomym, że troszczę się o pochowaną tu osobę, mimo że za życia nie wiodło się najlepiej.
Każdy człowiek ma wolną wolę i postępuje tak, jak uważą. Ja nikomu nie odbieram prawa chodzenia na mogiły swoich bliskich. Wielu ludziom wyjście w ten dzieńna cmentarz jest potrzebne i nie moż nikt tej potrzeby zabronić. Wielu tylko na cmentarzu może rozmyślać nad przemijaniem i refleksji nad swoim życiem. Gdyby nie poszli, to uważaliby, że popełnili grzech zaniedbania . Jest to im potrzebne tak, jak różaniec podczas wieczornej modlitwy. Gdyby nie poszli, mieliby poczucie niespełnionego obowiązku wobec zmarłych.
Ja też mam wolną wolę i chodzę na cmentarz kiedy chcę. Zgodnie ze swoimi potrzebami odwiedzam swoje groby 2-3 razy w roku wtedy, gdy mam wewnętrzną potrzebę medytacji. Inni w dniu 1-2 listopada. Ich wola - ich prawo.
Jednak na zadawane mi pytanie: czy byłem w tych dniach na cmentarzach? gdybym odpowiedział twierdząco, to pytający wyrazi zainteresowanie i swego rodzaju zadowolenie. Ja jednak odpowiadam, że w tych dniach po cmentarzach nie latam i wtedy następuje konsternacja, zdziwione milczenie i nowe pytanie: jakto! Nie masz żadnych grobów bliskich ci osób? Mam. Uważają mnie za dziwaka. Nie mogę nikogo ze swoich znajomych przekonać do swoich racji. Oni mają pamięć na cmentarzu - ja w sercu. Taki stosunek do mnie uważam za swego rodzaju dyskryminację. Dlaczego mam się tłumaczyć ze swich postaw życiowych?
No cóż ... Chociarz dobrze, że nikt mnie siłą na cmentarz nie pognał. Ark.Hen.
Moje Zaduszki
Dzień 1. listopada. Od samego rana w Polskim Radiu nadawane są audycje popularyzujące ten dzień. Wypowiadają się księża i katolicy świeccy. Ci podnoszą kościelne zalety święta Wszystkich Świętych i pokazują jakie to szczęście nas spotkało, bo nasi zmarli już są w niebie i wystarczy im już nasza modlitwa i datka do ręki księdza na tak zwane "wspominki". Budują natomiast morale audycje wspominkowe nadawane przez prezenterów świeckich. Wspominki o odeszłych ludziach kultury, poetach. piosenkarzach (Osiecka, Metz, Niemen i wielu innych) oraz przywoływanie z pamięci wykonywane utwory stanowią to, co w takim dniu powinno dominować w audycjach.
O moim stosunku do tego święta pisałem już kilka razy i stwierdzałem, że jest to święto otumaniające ludzi.. W tym roku zauważyłem pewną zmianę w podejściu kleru katolickiego co do sposobu obchodzenia te go święta, zwłaszcza przez młodzież. Ma to być święto radości i chwalenia świętych, przez ludzi noszących imiona pochodzące od świętego (Maria, Józef, Piotr, Paweł, Cecylia itp.). Ma się to odbywać przy tańcu, muzyce i inscenizacji. Można też przebierać się w szaty podobne do noszonych przez świętych, a przy tym wychwalać jego cnoty.
To wymusił na Kościele, przybyły ze Stanów Zjednoczonych, Kanady, Irlandii i Wielkiej Brytanii obrząd zwany Halloween. Jest to po prostu zabawa w duchy. Uczestniczący w niej przebierają się za makabryczne postacie i na wzajem się straszą. Jest przy tym dużo śmiechu, zabawy i różnych niespodzianek bez żadnych podtekstów religijnych. Kościół musiał jakoś zareagować, bo to przecież , według nich, to zwykłe pogaństwo, które niezwykle szybko rozprzestrzenia się wśród "katolickiej młodzieży".
Ja, gdybym miał wybierać, to zlikwidowałbym dzień Wszystkich Świętych, a zostawił Święto Zmarłych i jego nazwę"Zaduszki". Nie mam też nic przeciw Halloween. Zaduszkom nadałbym charakter świecki, jako dzień pamięci o naszych Zmarłych. Do tego służą cmentarze. Groby - to miejsca, w których zawarta jest pamięć i patrząc na nie przywołuje się wspomnienia o pochowanym tu człowieku, ale czy do tego potrzebny jest specjalny dzień? Według mnie - nie. O swoich zmarłych nie można zapomnieć. Oni żyją w nas, a czasem z nami. Pamiętamy o nich zawsze. Ta pamięć jest czasami przygłuszona wydarzeniami dnia codziennego, ale wraca gdy spojrzymy na na jakąś pamiątkę po zmarłym: zdjęcie stojące na komodzie, portret wiszący na ścianie, zegarek po dziadku czy też inne materialne lub intelektualne przekazy np.: Moja babcia i mama mówiły... ; dziadek ciągle powtarzał... itd. Wspominany człowiek, który od nas odszedł, żyje w nas i nie musimy chodzić na cmentarz i rozmyślać nad grobem. Tam na nas nie czeka duch Zmarłego. Tam w kamieniu zawarta jest tylko pamięć o nim. Wiem coś o tym, bo pochowałem już dwóch swoich synów przed wcześnie zmarłych i pamięć o nich noszę w sercu zawsze. Chodzę na cmentarz wiele razy w roku i nie potrzebuję żadnej zachęty w postaci organizowanych przez Kościół katolicki imprez masowych w postaci świętowania Wszystkich Świętych czy Zaduszków.
Wydaje mi się, że gdyby wszyscy myśleli podobnie, to stres po stracie najbliższych osób, byłby słabszy, nie taki bolesny, a przy tym mniej kosztowny.Wiem, że wielu ludziom wyznania katolickiego i nie tylko, te dni są potrzebne. Przygotowują się do nich jak do świąt bożonarodzeniowych czy wielkanocnych wydając wiele pieniędzy na kwiaty, znicze , księdzu na "wspominki" i czasami dalekie i męczące podróże. Ale to ich wybór.
Na tym kołowrocie wszystkoświątkowym najlepiej się mają ci, którzy na tym zarabiają.
Ark.Hen.
poniedziałek, 14 października 2013
niedziela, 13 października 2013
Czy pan Palikot czegoś się boi? ( część II 0
Na tym spotkaniu biskup Echevarria wygłosił 17. minutowe przemówienie, w którym nawoływał do całkowitego pod porządkowania się Opus dei. Oto fragment jego wystąpienia. Cytuję za tygodnikiem "Fakty i Mity" z dn. 23-29.09. 2005 r. :
" Musicie być wytrwali w dążeniu do dobra i lojalni wobec organizacji. Gdy organizacja da wam jakieś zadanie, musicie je wykonać, wkładając w to siły, umiejętności i zdolności".
Pytań było wiele, ale najciekawsze zadał obecny poseł PiS, pan Przemysław Wipler. Dotyczyło ono zapatrywań centrali Opus dei na działalność członków tej organizacji w partiach politycznych. W odpowiedzi usłyszał:
"Możecie być socjalistami, ale tylko wtedy będziecie dobrymi członkami Opus dei, jeśli wasze partie będą stały na straży życia, szanowały Kościół i przeciw stawiały się rozwiązłości moralnej".
Na pytanie studentki z Lublina o roli kobiet, oznajmił bardzo mocno, że rola kobiety to rodzina, kościół i kuchnia i niech się nie martwi tym, że nie zrobi kariery zawodowej. " Widocznie tak chciał Bóg i miał w tym swój , ukryty cel".
Od tamtej wizyty minęło już osiem lat. Wymienieni wyżej działacze kręcą się po korytarzach Parlamentu, zajmują ważne stanowiska rządowe, administracyjne i samorządowe. Ujawniają się nowi. ( w P.O. poseł Jarosław Gowin, poseł Żalek i kilku innych. Pan Jarosław Kaczyński pełni funkcję prezesa PiS. Czy jego partia nie realizuje polecenia Prałata? Pani Gronkiewicz-Waltz jest prezydentem Warszawy i szefuje warszawskim strukturom P.O. Ekspertami rządowymi w różnych dziedzinach często są ujawnieni, lub za kamuflowani członkowie Opus Dei. Wszyscy oni w jakiś sposób realizują polecenia postawione przez Opus Dei. Nie wspomnę już o członkach utajnionych pracujących w oświacie, służbie zdrowia, a również w resorcie sprawiedliwości. Wielu prominętnych polityków posyła swoje dzieci do szkół prowadzonych pod patronatem Opus Dei.
Pan Janusz Palikot brawurowo wszedł do Sejmu i zburzył wiele spraw dotąd owianych milczeniem. Były to sprawy światopoglądowe związane z działalnością katolickiego kleru. Potknął się na dopalaczach i przegrał sprawę z krzyżami. Jednak zawdzięczamy mu wniesienie świeżego powietrza w sprawy dotychczas "Tabu". Dziś się otwarcie mówi o stosunkach Państwo-Kościół, poddaje krytyce niektóre postawy hierarchów i decyzje Episkopatu. Dziś z wielu spraw hierarchowie Kościoła katolickiego muszą się tłumaczyć. Zaczyna się traktować duchownego jak zwykłego obywatela.
Według mnie Pan poseł Palikot zwalczał skutki. Przyczyna nie została naruszona. Przyczyna leży w ideologii. I nie chodzi tu o stary czy nowy testament. Chodzi o współczesne ideologie głoszone przez takich "mędrców" jak Echevarria, Rydzyk, czy jakiś inny katolicki , świecki nawiedzony. Służą one wypranie ludzkich mózgów i zrobienie z człowieka bezwolne stworzenie całkowicie pod porządkowane Opus Dei.
W Ruchu Palikota jest pan poseł Roman Kotliński - redaktor naczelny tygodnika "Fakty i Mity" . Swego czasu, w tygodniku pana Kotlińskiego wiele mówiło się o organizacji i strukturach, oraz ludziach i ideologii Opus Dei. Dziś, kiedy widzi w ławach poselskich i słyszy ich w przemówieniach nie widzi realizacji programu "Dzieła Bożego" ? Dlaczego w wystąpieniach posłów Ruchu Palikota nie widać wtyczek do przemówień opusdejowców, i wykazywanie im podwójnej przynależności oraz przedstawianych własnych postulatów jako realizacji zadań Opus Dei. Bo przecież każde wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego, Jarosława Gowina, posła Żalka i innych wypowiadających się w swerze nadbudowy,jest realizacją zadań postawionych przez "Dzieło..."
Apeluję więc do panów Janusza Palikota, Romana Kotlińskiego i innych członków posłów : Wyciągnijcie niektórym posłom podwójne życie partyjne. Pokazujcie komu i czemu ono służy. Walki z krzyżami nie wygramy ale do wyprowadzenia Opus Dei z Parlamentu i z życia publicznego tak ( przykład Hiszpania). Będzie to bardzo korzystne dla dalszego rozwoju naszego państwa.
Ark.Hen. Warszawa, 13.10.2013r
Czy pan poseł Janusz Palikot czegoś się boi ? ( część I )
Od pewnego czasu nie wypowiadałem się na tematy związane z działalnością kleru katolickiego i jego świeckich przybudówek. Tę dzisiejszą swoją wypowiedź nie traktuję jako elementu walki z religią. Wiem, że na obecnym poziomie świadomości społecznej, nie jest ona do wygrania. Ludzie wierzyli, wierzą i będą wierzyć, nie tylko w to, co Kościół katolicki do wierzenia podaje, lecz w różne systemy religijne, które na świecie liczą się w setkach. I dobrze. Jeśli wiara w "Coś" jest im potrzebna, to niech wierzą w co chcą. Tak powinno być w demokratycznym, świeckim społeczeństwie, rządzonym przez mądrych ludzi, nie uzależnionych od rzadnej religii, przestrzegających w świeckim państwie, świeckiej Konstytucji. Powinni przestrzegać praw stanowionych i nie padać na kolana przed byle jakim przedstawicielem jakiegokolwiek Kościoła. Ale do rzeczy.
Od wielu lat działa w Polsce legalnie, mafijna organizacja watykańska Opus Dei. 25 sierpnia 2005 roku przebywał w naszym kraju szef Prałatury Personalnej tzw. "Dzieła Bożego" ( Opus Dei ), biskup Javier Echevarria. Odbył on wiele spotkań z różnymi osobami stanu świeckiego i duchownego, a w Warszawie największa gala. W Sali Kongresowej PKiN , pzy ścisłej kontroli i tylko za specjalnymi, imiennymi zaproszeniami, bez dostępu środków masowego przekazu, bo nic co się działo na sali nie miało prawa przedostać się na zewnątrz, zgromadziło się ponad 3500 członków i sympatyków Opus Dei.
Wśród uczestników byli też znani politycy, których twarze i dziś spotyka się w Sejmie, Senacie i na innych stanowiskach rządowych, czy samorządowych.
Z rodziny pisowskiej: panowie : Marek Jurek,Kazimierz Ujazdowski, Jarosław Kaczyński i jego brat - Lech, Paweł Poncyliusz, Piotr Krzywicki, Jerzy Polaczek, Tadeusz Cymański, Wiesław Walendziak, prof. Wojciech Roszkowski, Konrad Szymański, pani prof. Jadwiga Staniszkis, pani Julia Pitera, i prof. Rokicki - rektor SGH. Był też aktywny dziś poseł - Przemysław Wipler
Nie zabrakło też członków PO, między innymi panów: Macieja Płażyńskiego, Łukasza Abgarowicza, Sławomira Rybickiego, i pani Hanny Gronkiewicz-Waltz.
Ligę Polskich Rodzin reprezentowali panowie Maciej i Roman Giertychowie.
Były i media: Jan Dworak, Bogdan Rymanowski i Przemysław Selin.
Koniec części I
sobota, 24 sierpnia 2013
środa, 21 sierpnia 2013
Jak żyć w zgodzie z cukrzycą. ( Moje doświadczenia )
Na cukrzycę choruję już dość długo. Nie zawsze udawało mi się z nią wygrywać, a zresztą czy można z nią wygrać? Można tylko ją kontrolować i nie dopuścić, by ona pogrążała nas w chorobie. W wyniku wielu prób i błędów, wypracowałem sobie system, który pozwala mi utrzymywać poziom cukru na w miarę przyzwoitym poziomie. Nauczyłem się korygować jedzenie z insuliną tak, aby w nocy i na czczo cukier był prawie w normie i aby w nocy nie było zbyt dużej hipoglikemii.
Osiągam to poprzez dokładne badania poziomu cukru przed kolacją, dwie godziny po kolacji i o 22.00 przed snem. Jeśli przed kolacją mam cukier na przykład 130 mg/D. to koryguję go insuliną ( 8 ju ) i zmniejszam porcję jedzenia. W takich wypadkach dwie godziny po kolacji, lub o 22.00 mam też 130 lub mniej. Przy dawce insuliny nocnej ( 24ju - Insulatard ), rano mam nieco powyrzej 100mg/D, a czasami jeszcze mniej. Nie mam w nocy objawów niedocukrzenia.
Gdy o godzinie 22.00 mam cukier niższy niż 130, wtedy przy wstrzyknięciu 24. ju, wzmacniam się dwoma - trzema herbatnikami. Czasem zdarza się, że o 22.00, cukier jest 100 lub poniżej. Wtedy wzmacniam się nawet 5. - 7. herbatnikami. Metodę tę wypracowałem sobie przez kilku miesięczne doświadczenia. Zalecana w takich wypadkach kromka chleba nie zawsze spełnia wymogi. Kromka jest kromką i nie można dokładnie określić jaka ona ma być. Czasem jest za duża, a czasem za mała. Herbatniki ( oczywiście bez cukrowe ) są jak odważniki na wadze. Zawsze można dołożyć, albo ująć, w zależności od wieczornych wskaźników.
Przy tej metodzie trzeba być bardzo zdyscyplinowanym. Gdy się zamienimy w łasucha i zbagatelizujemy, uważając, że jeden więcej lub mniej nam nie zaszkodzi i nie stanowi wielkiej różnicy, to się mylimy. Właśnie ten jeden lub dwa zjedzone z łakomstwa mają duży wpływ na niekorzystny wynik rano.
Aby stosować tę metodę, każdy diabetyk powinien się sam zdiagnozować. Wymaga to to trochę cierpliwości , całodobowych badań i analiz. W zależności od wyników koordynować ilość zjadanych herbatników. Mnie ta metoda pomaga. Od miesięcy, w nocy i rano, moje cukry są prawie jak u zdrowego człowieka. Zdarzają się czasem wyjątki ( jakaś choroba z gorączką lub po łasowanie przy specjalnych okazjach). Wtedy staram się natychmiast doprowadzić cukry do równowagi.
Z cukrzycą żyją już ponad 27 lat. Wiem, że z nią nie można wygrać, jednak przez wewnętrzną dyscyplinę, można doprowadzić do remisu.
Leczę się insulinami: NowoRapid (14 - 8 -8 ) i Insulatard ( 16 -24 ). Jestem pod stałą opieką mojej Pani Diabetolog. Konsultuję się z nią i jej rady oraz zalecenia ściśle wykonuję
W leczeniu cukrzycy musimy polegać na samym sobie. Lekarz daje nam tylko wskazówki, zalecenia i recepty na lekarstwa. W razie potrzeby kieruje nas do innego specjalisty, jeżeli stwierdzi u nas jakąś dodatkową dolegliwość ( nie gojące się skaleczenia, kłopoty z widzeniem i inne ). Na wizytę, wyznaczoną nam, chodźmy dobrze przygotowani, abyśmy mogli lekarzowi dokładnie powiedzieć co, od ostatniej wizyty działo się z naszą cukrzycą. Zadawajmy pytania i słuchajmy odpowiedzi. Lekarz nas wysłucha i udzieli rad. Stosujmy je, ale twórczo. Lekarz przyjmuje nas co 2 - 3 miesiące, a w międzyczasie sami musimy być , w tej chorobie swoimi lekarzami.
A tak na marginesie. Mam już 82 lata i będę się bardzo cieszył, jeśli ktoś wykorzysta moje doświadczenie. Ark. Hen.
sobota, 3 sierpnia 2013
piątek, 2 sierpnia 2013
USTANOWMY DZIEŃ 3 PAŹDZIERNIKA - DNIEM PAMIĘCI O CYWILNYCH OFIARACH WOJNY !
Wczoraj, 1.sierpnia przypadła kolejna rocznica wybuchu powstania warszawskiego. Z tej okazji odbyły się w Warszawie uroczystości poświęcone pamięci żołnierzy, różnych ugrupowań, poległych w czasie walk. Zawyły syreny, oddano salwę honorową, przemówienia przedstawicieli władz i żyjących jeszcze uczestników powstania. Wszystkie stacje telewizyjne i radiowe odnotowały ten fakt. Jedne szerzej - inne wzmiankowo. Wszystkie jednak chwalili waleczność i bohaterstwo żołnierzy i pochylali się nad około 17. tysiącami poległych w walce i tylko ktoś raz beznamiętnie bąknął, że w tym niby spontanicznym zrywie, zginęło ok.180.000 cywilów nie biorących udziału w walkach. Uważam, że i tę liczbę zmanipulowano. Pamiętam, że kilka lat temu oszacowano liczbę cywilów poległych w wyniku bombardowań, zbrodni i śmierci głodowej czy chorób, szacowano na około 300.000 osób. Na początku tego roku już tylko 200.000, a wczoraj usłyszałem 180.000 .Czym dalej od powstania - tym więcej poległych żołnierzy i mniej zabitych cywilów.
Na szczęście nie chwalono buńczucznych przywódców powstania. Bezmyślnych i bez wyobraźni, których należałoby już symbolicznie osądzić i skazać ich za doprowadzenie do tak wielkich tragedii ludzkich i zniszczenia miasta.
Milczenie na temat cywilnych ofiar powstania warszawskiego, ma swoją wymowę. okazanie całej prawdy podważyłoby etos powstania. W czasie pierwszego dnia rzeczywiście panowała euforia i radość z "wolności", ale tylko w dzielnicach (nielicznych) opanowanych, na krótko przez powstańców. W innych dzielnicach o powstaniu tylko słyszeli. Wolność na Woli skończyła się już w pierwszych dniach sierpnia. Wymordowano ok. 50.000 kobiet, mężczyzn i dzieci. Inne dzielnice traciły wolność z chwilą oddawania pozycji w ręce wroga. Żołnierze odchodzili, a cywile zostawali. Bezwzględny wróg mordował, gwałcił i wypędzał. To oni są cywilnymi ofiarami powstania warszawskiego. Jest ich bardzo dużo. To nie tylko zabici i zmarli. To również ich rodziny: matki, ojcowie, rodzeństwo i zostałe przy życiu dzieci, to ocalała z pogromów część ludności, to wywiezieni do obozów śmierci i porozrzucanych po różnych wioskach wysiedleni, którzy tułali się na łaskawym chlebie, nie zawsze życzliwych ludzi. po wyzwoleni wracali do zgruzowanych domów. Nie znajdując w Warszawie miejsca na ziemi, opuszczali ją, emigrując na Ziemie Odzyskane. Do dziś żyją w po powstańczym stresie. O nich nikt nie wspominał w czasie tegorocznych uroczystości BO ZAKŁÓCIŁO BY TO BOHATERSKI OBRAZ WALKI O WOLNOŚĆ "CHOĆ NA JEDEN DZIEŃ" I PROWOKOWAŁO DO PYTANIA: CZY ZA TAKĄ CENĘ WARTO BYŁO !
3 pażdziernika 1944 roku, resztki żołnierzy powstania, z gen. Borem - Komorowskim na czele, opuściło Warszawę, idąc do niemieckiej niewoli. Za nimi opuszczali miasto głodni, wynędzniali w większości chorzy i ranni mieszkańcy. Za nimi szły oddziały niemieckich saperów, burzących i palących to, co jeszcze z miasta pozostało. Wyczytałem, w jakimś swoim tygodniku, że skala zniszczeń po powstaniowych była czterokrotnie większa niż Nagasaki po wybuchu bomby atomowej.
W pierwszym, powojennym spisie ludności, Miasto nie doliczyło się 450. tysięcy mieszkańców. Ta liczba wyraźnie wskazuje, że właśnie tyle jest cywilnych ofiar powstania warszawskiego. Jak do tej pory nie mają swojego pomnika. Żołnierze mają: pomnik na placu Krasińskich; na Woli "Polegli Niepokonani" i oznakowane mogiły na wszystkich, warszawskich cmentarzach. Nie stawiajmy im pomników. Już i tak jest ich w Polsce o wiele za dużo stawianych tym, co niewiele dla Niej zrobili i nie ponieśli żadnych strat.
Proponuję niech pomnikiem dla nich będzie jeden dzień pamięci Do tego najlepiej nadaje się dzień 3 PAŹDZIERNIKA, dzień upadku i klęski powstania.
Obchodzić go będziemy bez pompatycznych mów i bohaterskiego wypinania piersi. Wystarczy niema obecność ze zniczem przy pomniku "Polegli Niepokonani" na Woli. Ten pomnik łączy w sobie żołnierzy i cywilów. Kobieta trzymająca na kolanach zabitego, To cywilna ofiara powstania, a zabity to poległy żołnierz. Niestety on umarł pokonany. Płacze nad nim Matka - symbol wszystkich cywilnych ofiar powstania warszawskigo.
Warszawianie ! Ogłośmy spontanicznie ten dzień Dniem Pamięci o Cywilnych Ofiarach Powstania Warszawskiego i zmuśmy tym samym uznanie przez władze i polityków tego dnia, w taki sam sposób jak rocznicę wybuchu.
3 PAŹDZIERNIK
DNIEM PAMIĘCI o OFIARACH POWSTANIA WARSZAWSKIEGO.
Przyłączcie się do mojego apelu. Przyjmijcie go i wzbogaćcie w argumenty za i ceremonie uroczystości.
Czekam na Wasz odzew
Arkadiusz Henszel
Warszawa, 2sierpień 2013 roku
niedziela, 7 lipca 2013
piątek, 28 czerwca 2013
wtorek, 11 czerwca 2013
poniedziałek, 11 marca 2013
" Szczaw i mirabelki" pana posła Stefana Niesiołowskiego
Z ciekawością i lekką dozą ironii przysłuchiwałem się, dyskusji na temat dzieci głodnych i nie dożywionych w III RP. Śmieszyła mnie wypowiedź pana posła Niesiołowskiego, że gdy on był dzieckiem, to dzieci zjadały, rosnący na boisku, szczaw i zbierały dziko rosnące małe żółte śliwki zwane mirabelkami, bo takie były głodne.
Zastanawia mnie, że właśnie pan Niesiołowski zabrał głos na ten temat. Według mnie Pan Poseł nigdy nie był głodny.
Pan Stefan urodził się 4. lutego 1944 roku. Dokładnie rok później wyzwolona została Ziemia Łódzka i miejscowość Kałęczyn koło miasteczka Brzeziny. Miał wtedy 1 rok, więc nie może pamiętać głodu z czasów okupacji niemieckiej. W 1952 roku poszedł do pierwszej klasy Szkoły Podstawowej. Właśnie w tym roku mógł zacząć chodzić na boisko aby najeść się szczawiu i mirabelek. W1952 roku w Łodzi nie było głodu. Wnuczek ziemianina, posiadający obojga rodziców, na pewno pracujących ( a nie jakichś lumpów ), nie pozwolili by, by ich dziecko przymierało głodem i musiało dożywiać się tymi roślinami.
Na ulicach miast w II RP częstym widokiem były żebrzące dzieci. Nie wspomnę o okupacji niemieckiej w czasie II wojny światowej. Do naszej rodziny głód zaglądał często. Aby ratować dzieci, matka oddała mnie i brata na wieś do pasienia krów. Mnie w okolice Mszczonowa, a brata do Radzymina.
W 1938 roku poszedłem do pierwszej klasy Szkoły Powszechnej Nr 4. przy ulicy Barokowej w Warszawie. W szkole prowadzono dożywianie. Na przedostatniej lekcji nauczycielka przechadzała się między rzędami z bloczkami na dożywianie i wybiórczo rozdawała, głośno komentując kto dostanie bloczek, a kto nie i dlaczego. Najczęściej otrzymywali najlepsi uczniowie. Ja byłem bardzo często pod jakimś pozorem pomijany. W szkole nie było żadnego systemu. Był codzienny przydział bloczków na klasę, a dzieliła nauczycielka bez żadnego środowiskowego rozpoznania.
Głód w mojej rodzinie zniknął zaraz po wyzwoleniu Warszawy. Ojciec dostał stałą pracę na budowie i na wyżywienie rodziny starczyło. Wtedy, kiedy Pan poszedł do pierwszej klasy,moi rodzice dostali nowe mieszkanie i wyprowadzili się z ruin przy ulicy Rybaki.. Posyłali dzieci do szkoły i każde miało coś w teczce na drugie śniadanie.
Nie wyobrażam sobie Pana, jako dziecko, skubiącego szczaw i zakąszającego mirabelką.. A Tak na marginesie. Może mi Pan Poseł odpowie na pytanie: Skąd się wzięło w Polsce tylu dorodnych krytyków PRLu . Przecież oni byli przez swoje matki karmieni tylko octem i czasami musztardą, bo jak twierdzą wtedy na półkach sklepowych były tylko te dwa produkty
Od 1945 roku, mimo wszystko świat, a wraz z nim i Polska, poszedł daleko do przodu. Tak my "komuniści", jak i wy zwolennicy kapitalizmu dążyliśmy do budowania społeczeństwa, takiego ustroju społecznego w którym "...ludziom żyło by się dostatniej". W naszej Polsce nie było bezrobocia i głodu. Trudności były z wyjazdem za granicę, zwłaszcza zachodnią. Ta Polska wam się nie podobała, więc ją obaliliście. Uważaliście, że nowy kapitalistyczny ład przyniesie krajowi dobrobyt, a ludziom "...będzie się żyło dostatniej" i też nic z tego nie wyszło.. W kraju 2 300 000 bezrobotnych, około 5 milionów żyjących w ubóstwie, około 800 000 niedożywionych dzieci i bezdomni. W waszym ustroju dobrze się mają tylko hierarchowie Kościoła katolickiego, którzy jak tylko mogą grabią nasze państwo a wasze rządy padają przed nimi na twarz i dają co oni chcą ( ostatnie ustępstwa ministra Boniego - chociażby ).
Panie Niesiołowski! My nie możemy porównywać odległych czasów naszego dzieciństwa i młodości do dnia dzisiejszego. Nie jesteśmy krajem afrykańskim i skala głodu jest inna. Tam jest głód absolutny, u nas tylko nie dożywienie. Tam śmierć z głodu jest codziennością, u nas codziennością są rachityczne dzieci. Mimo, że coś tam do jedzenia mają, to jednak za mało by się prawidłowo rozwijały.
GŁODNE I NIE DOŻYWIONE DZIECI TO HAŃBA DLA KLASY RZĄDZĄCEJ.
Dlatego jestem za tym, aby Sejm, do którego jest Pan posłem pochylił się głęboko nad opracowaniem mądrego systemu dożywiania dzieci w szkołach. One będą musiały pracować na nasze emerytury, a nie wcześniej przechodzić na renty chorobowe.
Już słyszę ,a skąd na to pieniądze? Proste! Jeden miliard mniej na Kościół katolicki i problem rozwiązany. Lecz do tego trzeba ludzi mądrych i odważnych, którzy nie dadzą się zakrzyczeć hierarchom katolicki. Czy tacy w Sejmie są?
Ark.Hen.
sobota, 9 lutego 2013
Subskrybuj:
Posty (Atom)