W S P O M N I N I A.
ARKADIUSZ HENSZEL
CZECHOSŁOWACJA 1968 ROK.
21 sierpnia mijają kolejne rocznice wkroczenia wojsk Układu Warszawskiego do Czechosłowacji. Wkroczyłem tam wraz z 3 batalionem 17 pułku zmechanizowanego.
15 sierpnia 1968 roku powróciłem z urlopu spędzonego u rodziny w Zalewie na Mazurach. Przed powrotem 10 sierpnia zatrzymał się przed domem moich krewnych samochód z dowództwem 6 Pomorskiej Dywizji Powietrzno-Desantowej. Obok dowódcy w samochodzie był mój kolega z czasów studiów ppłk Józef Gonstoł. Był on zastępcą dowódcy dywizji do spraw politycznych. Przed domem czekali na jakiś pododdział, który miał tędy przechodzić. Ponieważ dom stał na zakręcie ulicy i z balkonu było dobre pole obserwacji, zaprosiłem Józka wraz z dowódcą na kawę. Dywizja wracała do Krakowa z ćwiczeń. W między czasie kierowca naprawiał samochód. Przy kawie generał Rozłubirski poinformował mnie o szykujących się jakichś dużych ćwiczeniach na terenie Czechosłowacji z udziałem żołnierzy wszystkich armii UW. Szczegółów nie znał. W ciągu następnych kilku dni przez Zalewo przeszła potężna kolumna zmechanizowana wojsk radzieckich z Obwodu Kaliningradzkiego. Przeważnie piechota na starych, ale sprawnych BTR-152 i na samochodach ZIS.
Po powrocie do garnizonu dowiedziałem się, że, pułk wyszedł w pole i znajduje się gdzieś w okolicach Ząbkowic Śląskich w miejscowości Kobyla Głowa. Zgrupowana tam była cała 4 Dywizja Zmechanizowana im. Romualda Traugutta. Dowodził nią płk Góral natomiast jego zastępcą do spraw politycznych był ppłk Stanisław Brodziński.
Zastępca dowódcy d/s polit. mjr Wójcik zostawił mi instrukcję, że najbliższym transportem mam dołączyć do pułku. Spakowałem się, pożegnałem rodzinę z przekonaniem, że za kilka dni powrócę do domu. W zgrupowaniu znalazłem się 17.08.
Dowiedziałem się, że dywizja w składzie 2 Armii Wojska Polskiego weźmie udział w ćwiczeniach taktycznych pod kryptonimem " Pochmurne Lato" w ramach operacji " Dunaj ", czyli trwających już od kilku tygodni wielkich ćwiczeniach Układu Warszawskiego mających doprowadzić do normalizacji sytuacji w Czechosłowacji. Ćwiczenia odbywać się będą na terenie Czechosłowacji. Przewidywany jest również udział w nich 17 pz. Kiedy wymarsz nie wiadomo?.
Na odprawie instruktorów propagandy, poświęconej pracy propagandowo-agitacyjnej w czasie tych ćwiczeń, obok części zadaniowej, był referat kogoś z Oddziału 2. Sztabu na temat sytuacji w Czechosłowacji oraz na granicy tego państwa z Republiką Federalną Niemiec. Powiedziano, że w pobliżu granicy koncentruje się 2 Korpus Armijny RFN z gotowością wkroczenia do Czechosłowacji w celu ochrony rządów Dubczeka zmierzających do oderwania Czechosłowacji od obozu socjalistycznego. Rozpoczęcie ćwiczeń zależy od wyniku rozmów prowadzonych przez strony w Bratysławie. Uzgodniony tam program przewidywał między innymi dokonanie reorganizacji aparatu partyjnego w KPCz i na innych państwowych stanowiskach; zaprzestanie usuwania ze stanowisk działaczy partyjnych; wstrzymanie wszelkiej krytyki oraz agresywnych wystąpień i polemik; wyciszenie wrogich nastrojów w CzAL ( Czechosłowacka Armia Ludowa) powstałych pod wpływem niektórych generałów i starszych oficerów; przeciwstawienie się propagandzie zmierzającej do oderwania Czechosłowacji od Układu Warszawskiego i wspólnoty państw socjalistycznych itp. Cała prasa czechosłowacka i środki masowego przekazu ( za wyjątkiem Rudego Prawa) podsycały wrogie nam nastroje. Rząd stracił kontrolę nad coraz bardziej radykalną opinią społeczną, a opozycja zarzuca KPCz zdradę interesów narodowych. Jeżeli będą niepomyślne wkroczymy. Do pilnych zadań propagandowych należało:
1. Doprowadzić te informacje do żołnierzy. Przekonać ich o konieczności zdyscyplinowanego działania.
2. Wykonać, wydać i doprowadzić do żołnierzy informator o sposobach zachowania się w czasie długotrwałego marszu.
3. Omówić warunki bezpieczeństwa w posługiwaniu się bronią i ostrą amunicją.
4. Opracować instrukcję o stosunku do ludności cywilnej na terenie obcego państwa.
20.08 o godzinie 13.00 dowódca pułku płk Stanisław Sokołowski zrobił odprawę dowódców batalionów, samodzielnych pododdziałów, pododdziałów wsparcia i oficerów sztabu. Powiadomił o wprowadzeniu gotowości marszowej i polecił:
1. Zlikwidować obozowisko. Sprawdzić tajne dokumenty i mapy. Co niepotrzebne zdać.
2. Do godziny 14.30 ustawić kolumny marszowe w gotowości do natychmiastowego wymarszu. Pełna gotowość bojowa o godzinie 15.00. Od tej pory wzmocnić służby i warty.
3. Wojsku wydać amunicję i granaty. Od jutra „żelazna porcja” żywnościowa przy żołnierzu może być naruszona tylko na rozkaz. Zaopatrzyć też cały stan osobowy w pakiety indywidualne oraz fiolki z pastylkami do odkażania wody.
4. Noc spędzić przy sprzęcie, a jednocześnie wzmóc ochronę i obronę kolumn, a ponadto omówić z żołnierzami zasady zachowania się wobec ludności cywilnej obcego państwa i zasady użycia broni. Strzelać tylko na rozkaz, gdy zagraża śmierć.
5. Podano ugrupowanie bojowe. W awangardzie 3 batalion. W siłach głównych 2 bpz wraz ze sztabem pułku. Szef sztabu, mjr Krzyżaniak, podał kryptonimy pułku i batalionów oraz tabele rozmównicze do kodowania wiadomości.
6. Zastępca do spraw technicznych, kpt. Stanisław Kania, omówił sposób technicznego zabezpieczenia kolumn. Na końcu każdej kolumny posuwać się będzie wóz technicznego zamykania. Wozy uszkodzone pozbawiać ładunku i spychać do rowów. Żołnierzy zabiera dowódca grupy technicznego zamykania.
7. Tempo marszu 10 - 15 km/ h.
W godzinach wieczornych we wszystkich pododdziałach odczytano apel dowódcy 4 DZ do żołnierzy oraz przeprowadzono zebrania żołnierskie z udziałem oficerów sztabu, na których starano się dotrzeć do żołnierzy z zadaniami. Wszyscy wykazywali duże zrozumienie i zainteresowanie ćwiczeniami. Zasmuciła ich tylko wiadomość zakazująca wszelkich pożegnań z ludnością cywilną i obstawienie kolumn przez liczne patrole wojskowe i milicyjne. W tym wypadku więcej chodziło o nie przemycanie do żołnierzy alkoholu niż o ckliwe pożegnania.
Podpułkownik Aleksander Wójcik - zastępca do spraw politycznych - przydzielił swoich podwładnych do poszczególnych batalionów. Ja wraz z wozem propagandowym "NYSA" przydzielony zostałem do 3 batalionu. Wraz z tym batalionem, który miał iść w awangardzie, szedł też zastępca dowódcy do spraw liniowych ppłk Józef Rutyna. Nyskę załadowałem wszystkim tym, co potrzeba do pracy propagandowej w polu. Do pomocy przydzielono mi dwóch wspaniałych żołnierzy. Jeden Międzyrzeczanin kpr. Kulesza Benedykt oraz starszy szeregowy Ryszard Zieliński, Nie pamiętam już nazwiska kierowcy - operatora, którym był żołnierz zawodowy w stopniu starszego sierżanta pan Czesław. Było nas w wozie czterech. Szef uzbrojenia przydzielił mi dodatkowo PMK, po skrzynce amunicji i granatów. Nie zanosiło się na zwykłe ćwiczenia.
Wśród żołnierzy panowała powaga sytuacji. Zadawali dużo pytań na tematy sytuacji politycznej, ewentualnego czasu trwania ćwiczeń. Pisali listy i wysyłali do domów. Kierowcy spali, a niektórzy żołnierze ładowali amunicję do taśm. Z wozu propagandowego nadawaliśmy różne komunikaty i nastrojową muzykę. W tym roku hitem żołnierskim była piosenka pod tytułem „Żołnierz dziewczynie nie skłamie, chociaż nie wszystko jej powie...” śpiewaną przez Urszulę Sipińską na festiwalu w Kołobrzegu.
W każdej drużynie był jeden odbiornik radiowy bateryjny marki STERN. Tu i ówdzie żołnierze zadawali pytania podrzucone przez pana Jeziorańskiego czy Smolara z Radia "Wolna Europa". Wiedzieliśmy, że część żołnierzy słucha tej rozgłośni. Robili to pokryjomu. Za słuchanie radia „Wolna Europa” na pewno nikt by nie został ukarany, ale też nie polecaliśmy słuchania tej rozgłośni. Rozgłaszanie wiadomości o rygorystycznym zakazie i srogich karach za słuchanie, to zwykła, bzdurna propaganda. Naszym zadaniem było udzielanie odpowiedzi wyprzedzających na ewentualne pytania zadawane z tej rozgłośni. Mimo dużego szumu propagandowego, siania zamętu, dezinformacji, szkalowania dowódców i oficerów politycznych oraz totalnej krytyki polityki Układu Warszawskiego i naszych przywódców państwowych i partyjnych stan moralnopolityczny żołnierzy służby zasadniczej i kadry był bardzo wysoki. Ich propaganda trafiała w próżnię.
Z miejsca postoju ruszyliśmy o czwartej rano. Jako awangarda szedł 3 batalion. Polskie radio nadało już wiadomość o wkroczeniu wojsk UW do Czechosłowacji. Około godziny 8.00 wkroczyliśmy do Kłodzka. Na ulice, trasy naszego przejazdu, wybiegali mieszkańcy. Zaroiło się. Dużo serdeczności i zachęty. Obdarowywano żołnierzy paczkami z jedzeniem i słodyczami. Dużo kwiatów. Nam też dano ponad pięć kilogramów wszelkiego rodzaju słodyczy. Przed nami nie szła tędy żadna kolumna. W Kłodzku płk Rutyna otrzymał rozkaz: trasą Kłodzko - Bystrzyca Kłodzka - Międzylesie przekroczyć granicę w Boboszowie. W przypadku komplikacji usunąć czeską straż graniczną i celników oraz umożliwić przejęcie budynku celnego po drugiej stronie przez specjalnie do tego celu przygotowany pluton WOP. Po przekroczeniu granicy trasą: Boboszewo - Czerwona Woda - Jabłonne nad Orlicą - Letohrad do Usti nad Orlicą i tam opanować polowe lotnisko. Po stronie polskiej marsz przebiegał bez przeszkód. Jak już zaznaczyłem ludność żegnała nas kwiatami i słodyczami.
Do granicy dotarliśmy około godziny 10.00. Kolumna zatrzymała się około 50 metrów od szlabanu granicznego. Z ppłk. Rutyną i dowódcą szpicy podeszliśmy do posterunku czechosłowackiego. Było tam czterech celników. Wiedzieli już o wkroczeniu wojsk UW przez inne punkty graniczne. Otrzymali polecenie nie stawiania oporu, ale współpracy odmówili. Mimo to, jeden z celników uwiesił się na środku szlabanu i coś tam krzyczał. Dowódca polskiej placówki powiedział, że mówi, iż kolumna przejedzie dopiero po jego trupie. Kilku naszych zdjęło go ze szlabanu i płaczącego odprowadzili do placówki, którą już obsadzili nasi żołnierze. Obyło się bez walki.
Około godziny 13.00 wkroczyliśmy na przedmieścia małego miasteczka Jabłonne nad Orlicą. Ja cały czas jechałem w szpicy między SKOTAMI. Pierwszy w gaziku jechał ppłk Rutyna, potem cztery SKOTY i moja Nyska. Po wjechaniu do miasta zauważyliśmy duże zgromadzenie ludzi tarasujących przejazd. Kolumna zatrzymała się około 80-100 metrów od żywego muru. Wyszedłem do przody. Ppłk Rutyna denerwuje się z opóźnienia, jakie może nastąpić. Tymczasem organizatorzy ustawili z tłumu żywą barykadę. Na przedzie dzieci, potem kobiety a następnie mężczyźni. Nikt z nas nie zaryzykuje przejechania po tej żywej barykadzie. Rozesłane patrole sprawdziły, że inna droga wymaga manewru odwrotowego, a ten na wąskiej ulicy byłby bardzo trudny i to na oczach tłumu. Po półgodzinnym staniu wpadłem na iści szatański pomysł. Postanowiłem podejść do barykady i prowadzić „negocjacje”. W pierwszym szeregu stały dzieci. Wziąłem z sobą torbę cukierków czekoladowych i poszedłem. Ppłk Rutyna powiedział mi, że ubezpiecza mnie cała szpica. Podszedłem. W oczach kobiet i dzieci żadnej wrogości. Tłum milczał. Patrzyli na mnie jak na aktora poruszającego się na scenie. W środku stała ładna blondynka z dwójką dzieci Zacząłem rozdawać dzieciakom cukierki. Brały. Następnie zapytałem kobietę gdzie jest jej mąż. Zrozumiała. Pokazała, że z tyłu. Zapytałem już dość głośno, dlaczego wasi odważni mężczyźni schowali się za plecami swoich dzieci i żon. Rozdawać cukierki zacząłem i kobietom. W końcu tej pierwszej powiedziałem, że jej mąż jest tchórzem, niech się zamienią miejscami. Obstąpiły mnie dzieci chcące cukierków. Zrobiło się zamieszanie. Matki wyszły z szeregu po swoje pociechy. Mur się rozluźnił. Wykorzystał to ppłk Rutyna i wjechał bardzo ostrożnie w tłum gazikiem, a za nim " SKOTY ". Przypuszczam, że kilka dni później taki numer by mi nie przeszedł. Tu w Jabłonnem zebrano ludzi pośpiesznie. Nie wiedzieli, po co tu jesteśmy. Jeszcze nie byli zorganizowani. Na ulicach żadnych haseł. Tu i ówdzie ktoś wznosił okrzyki, ale odzew był niewielki.
Około 10 kilometrów za Jabłonnem batalion skręcił na Letohrad i dalej na Usti. Ja posuwałem się teraz na końcu kolumny. Zostałem w mieście jeszcze z pół godziny. Przy swoim wozie wyjaśniałem im cel ćwiczeń „Pochmurne Lato” . Zarzucili mi posiadanie nietypowej, jak na ćwiczeni broni i ostrej amunicji. Dowiedziałem się, że w Pradze odbywa się 14. Nadzwyczajny Zjazd KPCz właśnie w tej sprawie. Goniłem kolumnę. Na skrzyżowaniu stał ppłk Rutyna. Wymieniliśmy informacje. Batalion w zasadzie już przeszedł przez skrzyżowanie, ale dla pewności miałem tu jeszcze zostać 15 minut i kierować ewentualnie spóźnionych na właściwą drogę. Nikt jednak nie został. Kolumna 3. Batalionu posuwał się w ustalonym porządku i przy wysokiej dyscyplinie żołnierzy. Po dziesięciu minutach dotarł do skrzyżowania 2. Batalion. Oni szli do miejscowości Żamberk gdzie mieli zablokować koszary jakiegoś pułku zmechanizowanego. Dogoniłem batalion tuż przed Usti. Po drodze widać było rozgorączkowanych młodych ludzi obrzucających nas kamieniami i wznoszących jakieś okrzyki. Wśród żołnierzy nadal wzorowa dyscyplina. Rozkazy wykonywane są błyskawicznie. Żadnego opieszalstwa.
Do Usti wkraczamy około godziny 16.00. Miasto wymarłe. Nikogo na ulicach. Droga na lotnisko w zasadzie prosta dla tego kto zna topografię tej miejscowości. Prowadzący kolumnę trochę pobłądził. Zrobiliśmy więc niezamierzoną rundę przez miasteczko i wreszcie jest. Na lotnisko prowadziła krótka uliczka o nazwie „Polska”. Jesteśmy więc w domu. Kompanie rozjechały się na stanowiska. Nasz punkt dowodzenia rozmieściliśmy jakieś 200 metrów od końca ulicy Polskiej przy wjeździe na lotnisko. Na szczęście na lotnisku nie było żadnego obcego wojska i samolotów. Było to trawiaste zapasowe lotnisko. Mieliśmy zorganizować jego obronę przed ewentualnym desantem powietrznym. Zajął się tym sztab batalionu.
O godzinie 17.30 udaliśmy się do Komitetu KPCz. Zamknięty na cztery spusty. Ktoś nam powiedział, że sekretarz jest na 14. Zjeździe. Wewnątrz przez duże, oszklone drzwi widać było wychylających się z za kolumienek pracowników. Bali się. Może myśleli że przyjechaliśmy ich aresztować? Nam chodziło przede wszystkim o przedstawienie się i powiadomienie o naszym pobycie w tym mieście. Chcieliśmy też ustalić kilka spraw socjalnych, a zwłaszcza zaopatrzenia w wodę. Jakiegoś mężczyznę, który nic nie wiedział i nic nie słyszał poprosiliśmy o przekazanie naszej prośby skontaktowania się sekretarza z nami na lotnisku i bez awantury odeszliśmy szukać innej władzy. Nikt nie mógł nam udzielić informacji bo miast jakby wymarło. Po kilkunastu minutach jeden z wysłanych patroli zameldował, że znalazł siedzibę Służby Bezpieczeństwa. Pojechaliśmy we czterech: Rutyna, ja dowódca batalionu, i oficer kontrwywiadu przydzielony do batalionu. Tam na nas czekali. Po pukaniu ktoś odryglował drzwi i wpuszczono nas do środka. Otoczyli nas uzbrojeni mężczyźni. Ppłk Rutyna powiedział, że przyszliśmy tu w pokojowych zamiarach i nie zamierzamy nikogo aresztować. Prosił o odłożenie broni. Ze zgromadzonych ktoś dał znak i ludzie się rozeszli. Zaprowadzono nas do komendanta. Komendant w stopniu majora siedział za wielkim, antycznym biurkiem zastawionym kilkoma aparatami telefonicznymi. Z lewej strony biurka stała niewielka szafka okolicznościowa z karafką i szklankami, obok, wyjęty z kabury, leżał pistolet. Na pewno na wszelki wypadek. Na nasz widok komendant wstał ale się nie przedstawił. Był w mundurze. Po zapoznaniu się z celem naszej wizyty obiecał zorganizowanie z władzami miasta spotkania. Natychmiast załatwił uruchomienie hydrantu z wodą na ulicy Polskiej dostępnego tylko dla nas. Po załatwieniu spraw komendant zaproponował piwo. Przyjęliśmy propozycję i dalej rozmowa potoczyła się na różne tematy ale już w bardziej przyjaznej atmosferze. Umówiliśmy się na ponowne spotkanie za kilka dni. Po przyjeździe na lotnisko wojsko było już rozlokowane, kuchnia dymiła, a to znak normalności polowej. W hydrancie założono kurki. Mieliśmy też własną wodę. Noc na materacu i w śpiworze przeszła spokojnie.
W nocy z 21 na 22 sierpnia zatrzymał się na lotnisku jakiś pluton piechoty radzieckiej na transporterach. Wysłani zostali w celu odszukania jakiegoś specjalnego pociągu, w którym jechali jacyś ważni generałowie radzieccy. Pociąg zaginął. Czesi odprowadzili go gdzieś na zagubioną w górach bocznicę i tam go zostawili bez żadnej łączności ze światem. Żołnierze byli potwornie zmęczeni. Rano dostali od nas gorącej kawy / żarcie mieli swoje / i wody do mycia i pojechali dalej. Około godziny 7.00 ppłk Rutyna też dostał zadanie szukani transportu. Nazwaliśmy tę akcję tytułem filmu " Gdzie jest generał”. Transport odnalazł się chyba 23.08, ale ja już się nim nie zajmowałem. W poszukiwaniu transportu grupa ppłk. Rutyny dotarła aż do miejscowości Usti nad Łabą, około Mielnika, około 50 kilometrów od Pragi. Do tego miasta 2 Armia Wojska Polskiego dotarła w marszu wyzwoleńczym w maju 1945 roku. Odszukali w mieście miejsce, w którym usytuowany był pomnik generała Karola Świerczewskiego. Na rozwalonym cokole pomnika nie było. Dzięki jakiemuś życzliwemu mieszkańcowi odnaleźli pomnik, umazany farbą i wapnem, w jakiejś szopie. Opowiedzieli o tym po przyjeździe, wzbudzając tym samym oburzenie wszystkich żołnierzy. No cóż, czyż byśmy nauczyli się burzyć własne pomniki od braci Czechów? Po tym spotkaniu pozostał mi jako pamiątka jeden rubel z dedykacją od porucznika: „ Na pamiątkę spotkania w Czechosłowacji dnia 22.08.1968 roku” oczywiście po rosyjsku. Ja dałem mu 10 złotych z wizerunkiem Kościuszki.
Od samego rana, 22 sierpnia, ulicą Polską podchodzili do nas mieszkańcy bacznie się przyglądając. Miasto nadal wymarłe. Poszukiwaliśmy lokalnej stacji radiowej nadającej audycje przez radiowęzeł i głośniki. Głośnik był w każdym domu. Próżny trud. Wieczorem byliśmy z wizytą u szefa SB. Przyjął nas gościnnie. Było piwo, kolacja i wódka. Ich i nasza. Byliśmy tym razem w pięciu. Wzięliśmy ze sobą podchorążego rezerwy znającego język czeski dla lepszego rozumienia się. Gdzieś po 40 minutach na korytarzu Urzędu zrobił się jakiś rwetes. Do pokoju wpadło dwóch Czechów z bronią gotową do strzału. Powiedzieli że parter zajęli polscy żołnierze. Zdenerwowany Rutyna spytał dowódcę batalionu co to znaczy, ten tak samo był zdziwiony. Wyjaśnił sprawę oficer kontrwywiadu. Przed spotkaniem polecił on dowódcy plutonu WSW, aby w wypadku gdy po 30 minutach nie opuścimy budynku mają zająć go i nas uwolnić. Ppłk Rutyna się wściekł kazał mu natychmiast odwołać akcję i odjechać na lotnisko z plutonem. Po powrocie dostał solidny wycisk za tę samowolę i zabroniono mu samodzielnego podejmowania jakichkolwiek akcji. Natomiast my musieliśmy długo przepraszać gospodarzy. Pomogła nam w tym nasza polska „Wyborowa”.
Miasto w dalszym ciągu spokojne. Przy studni, z której braliśmy wodę pełno młodzieży. Czescy chłopcy i dziewczyny nawet przyjaźnie dogadywali się z żołnierzami. Rozesłane patrole nic nowego nie przyniosły.
około trzeciej nad ranem, obudził mnie dowódca patrolu i stwierdził, że w mieście kilka grup młodych ludzi plakatuje ulice. Powiedziałem żeby im nie przeszkadzano i spałem dalej. Rano z ciekawości objechałem miasto. Rzeczywiście, było oblepione plakatami własnej roboty i transparentami. Wszystkie na nich napisy były nam wrogie. Najłagodniejsze to „Polacy wracajcie do domu. Myśmy was tu nie prosili”. Powiesili go przy samej studni. Okupanty, faszysty i inne epitety pod adresem Polski i innych państw Układy Warszawskiego. Około godziny 10.00 ulicą Polską w naszym kierunku przyszła grupa młodzieży, około 100 osób, z czechosłowackimi flagami narodowymi. Zatrzymała ich warta koło studni. Okrzyki i skandowania. Domagali się spotkania z oficerem. Poszedłem do nich. Na mój widok z grupy wystąpiła delegacja. Dwóch chłopców i jedna dziewczyna, Na oko siedemnasto - osiemnastolatkowie. Chłopak w środku niósł narodową flagę. Drugi miał w ręku rulon papieru przepasany wstążką też w barwach narodowych. Stanąłem przy naszym posterunku. Oni podeszli. Byli bardzo zdenerwowani. Przypuszczam, że była to trema przed publicznym wystąpieniem. Zatrzymali się trzy - cztery kroki ode mnie i żołnierzy. Chłopak z rulonem postąpił krok do przodu i go rozwinął. Widziałem jak nerwy zmieniają jego twarz. Żal mi się ich zrobiło. Uśmiechając się do niego poprosiłem żeby mówił z czym przyszedł. Wtedy odczytał petycję. Następnie zwinął ją ponownie, zawiązał wstążeczką i już pewniej siebie wręczył mi ją prosząc bym ją przekazał najwyższemu dowódcy. Chłopak z flagą wetknął ją w ziemię tuż przed posterunkiem, a następnie wszyscy zrobili w tył zwrot i odeszli. Kto wie, może ta trójka, wtedy prawie dzieci, dziś czołowi kombatanci tamtych zdarzeń, zajmują wysokie stanowiska w tym mieście, a może i wyżej?
Petycję żądającą „socjalizmu z ludzką twarzą” i natychmiastowego opuszczenia Czechosłowacji przekazałem do sztabu pułku. Szkoda, gdybym ją wtedy zachował to dziś byłaby ciekawym dokumentem, a tak gdzieś zaginął razem z setkami takich pisemnych protestów składanych w różnych miejscowościach.
O godzinie 14.00 przybyła na lotnisko delegacja robotników z największego w Usti zakładu pracy, Jakaś fabryka, ale co produkowała nie zdołaliśmy ustalić. Było ich ośmiu. Przyszli zaprosić oficera politycznego do siebie do fabryki, gdzie aktualnie odbywa się wiec, strajk i permanentne zebranie załogi. Chcieli mu przekazać swoje racje i przedyskutować problemy. Powiedziałem im, że możemy podyskutować tu na miejscu. W obozie znajdą się miejsca do siedzenia, a ponieważ jest pora obiadowa to zapraszam ich na skromny, żołnierski obiad. Oni koniecznie chcieli oficera politycznego do fabryki. Powiedziałem, że na takie spotkanie muszę mieć zgodę swoich przełożonych i że dam im odpowiedź. Z powodu braku łączności prośbę załogi przekazałem dopiero wieczorem 24.08. Natomiast 25.08 w godzinach wczesnorannych opuściliśmy lotnisko w Usti.
24.08 nie mieliśmy już świeżej żywności. Skończyły się ziemniaki, kapusta, mięso i chleb. Zaopatrzenia nie było. Od tego dnia przez najbliższe osiem dni byliśmy na konserwach, sucharach, chlebie konserwowanym z puszek i świetnej suszonej kiełbasie jałowcowej. Tego dnia zaczęły się trudności z wodą. Rano zamknięto dopływ wody do studni przy lotnisku Zaczęliśmy interweniować w SB. Przedtem u przewodniczącego Rady Narodowej i sekretarza KPCz, ale ich nie było. Pracownicy nic nie mogli bo nie ma władzy. Szef SB ubolewał ale powiedział, że niewiele może zrobić bo ludzie spontanicznie odpowiedzieli na hasło opozycji: „Za Dubczeka a Svobodu okupantu ni wodu”. Dopiero groźba opanowania wodociągu i użycia siły w celu zdobycia wody zrobiła wrażenie. Podniósł słuchawkę telefonu i wydał jakieś polecenie, następnie postawił piwo i powiedział, że na lotnisku jest już woda.
Dyscyplina wśród żołnierzy nadal wzorowa. Żadnego wypadku, żadnego strzału mimo że każdy żołnierz uzbrojony był w 60 sztuk ostrej amunicji i dwa granaty F-1. Zdrowie też dopisywało. Drobne przeziębienia i otarcia nóg. Typowe wojskowe dolegliwości.
Wieczorem przyjechał łącznik ze sztabu pułku i przywiózł rozkaz do wymarszu. Już dokładnie nie pamiętam jego treści, wiem tylko, że mamy posuwać się marszem ubezpieczonym w kierunku na Hradec Kralowe po trasie Wamberg - Kostelec nad Orlicą - Tuniste nad Orlicą - Trebechowice pod Orebem - Hradec Krelowe. W Hradcu znajdował się, rozlokowany na lotnisku, sztab 2 Armii Ludowego Wojska Polskiego generała Siwickiego. Do Hradca jechaliśmy dwa dni. Żal było opuszczać Usti. Przyzwyczailiśmy się do tutejszych mieszkańców, a i oni przywykli do naszej obecności. Późnym wieczorem odwiedziliśmy jeszcze szefa SB powiadamiając go, że opuszczamy miasto. Wyraził nadzieję, że nie przyjdą na nasze miejsce Rosjanie. Piwo było tym razem nasze Żywieckie. Miejscowa władza nie ujawniła się do samego końca.
25 sierpnia pobudka o godzinie 4.00. Zwijanie obozu, śniadanie słonina konserwowa, chleb z puszki i kawa też konserwowana w kostkach. Wystarczyło tylko zalać ją w manierce ciepłą wodą i gotowa. Kawa był wykonana z palonego zboża z dodatkiem cykorii i cukru, sprasowana w niewielkie kostki była przysmakiem żołnierzy. Każdy miał je w kieszeniach i w wolnych chwilach zagryzał sobie bez popijania. Ostatnia odprawa kadry. Józef Rutyna podaje trasę i sposób zachowania się w wypadku awarii. Nadal obowiązuje rozkaz zrzucania do rowów sprzętu tarasującego drogę na wąskich, górskich drogach. Żołnierzy z tego sprzętu zabiera dowódca zamykania technicznego kolumny. Nasz sprzęt był jednak sprawny. Po drodze nic nie zostało i nikt nikogo nie ciągnął. Opuszczamy Usti o godzinie 6.00. Miasto jeszcze śpi. Dopiero szum silników pobudził niektórych. Otwierali okna. Niektórzy machali nam rękami przyjaźnie. W pierwszym dniu marszu w mojej części kolumny marsz przebiegał bez zakłóceń.
Pod wieczór otrzymaliśmy rozkaz zatrzymania się na noc w lesie na południe od miejscowości Trebochowice p. Orebem. W pierwszym rzucie szedł teraz 1 batalion. Zajął on drogę leśną łączącą miejscowości Trebechowice i Belecko, natomiast trzeci, wraz ze sztabem pułku rozmieścił się jeden kilometr od drogi głównej. Biegła tam równoległa do niej, wzdłuż ściany lasu, droga drugorzędna również asfaltowa. Od nas do pierwszego batalionu było jakieś 3 - 4 kilometry. Drugi batalion oraz pododdziały wsparcia również zapadły się gdzieś w lesie. Jedynie przydzielony nam dywizjon artylerii rakietowej stał na poboczu szosy chroniony przez jedną kompanię zmechanizowaną z drugiego batalionu.
Z dywizjonem artylerii rakietowej wiąże się pewna historia z dnia 21 sierpnia, kiedy to pierwszy batalion podchodził pod miejscowość Wamberk. Dywizjon był przydzielony do batalionu i miał go wspierać ogniem, gdyby zaszła taka potrzeba. W kolumnie 1 batalionu posuwał się również sztab pułku. Około 8 km przed Wamberkiem kolumnę zatrzymał czechosłowacki patrol wojskowy w sile plutonu na samochodach pancernych " TOPAZ ". Dowodzący patrolem oficer podszedł do czoła kolumny i powiedział prowadzącemu, że dowódca pułku czołgów stacjonującego w Wamberku prosi naszego dowódcę na rozmowę, a kolumna nasza ma stać. W przypadku ruszenia zostanie zniszczona ogniem z czołgów. Wiadomość natychmiast przekazano ppłk. Sokołowskiemu, który wraz z szefem sztabu i zastępcą do spraw politycznych natychmiast podjechał do czoła kolumny. Zaraz też z przeciwnej strony nadjechał gazik. Spotkanie dowódców wyglądało mniej więcej tak: Podeszli do siebie i podali sobie ręce. Nasz dowódca przedstawił osoby mu towarzyszące z nazwiska i stanowiska, czeski dowódca też podał swoje nazwisko. Jego osoby towarzyszące zostały w gaziku. Za jego plecami stał tylko żołnierz w hełmie i z PMK w rękach. Z wyglądu gotowy natychmiast bronić swego dowódcę. Następnie czeski dowódca, też w stopniu podpułkownika powiedział:
Panie pułkowniku, nie chcę aby doszło między naszymi wojskami do starcia i rozlewu krwi. Jednak jeśli pańska kolumna ruszy choć jeden krok dalej moje czołgi rozbiją pańskie kolumny. Proszę więc pana o zawrócenie w kierunku granicy lub pozostanie tu na miejscu.
Po tych słowach ppłk Sokołowski nie stracił rezonu. Polecił szefowi sztabu dać sygnał do dywizjonu i baterii 122 milimetrowych haubic, a sam zaczął przyjaźnie rozmawiać z czeskim pułkownikiem przekonując go, że nie mamy złych zamiarów i że nasze SKOTY nie mają żadnych szans w starciu z jego czołgami T-54. Rozmowa trwała około dwudziestu minut. Następnie nasz dowódca zaproponował Czechowi zwiedzenie naszej kolumny. Zgodził się. Czeskim gazikiem pojechali na nasze tyły. Po drodze minęli kolumnę pierwszej i drugiej kompanii oraz drobne pododdziały wsparcia. Za nimi, na całej szerokości szosy rozlokowała się artyleria. Samochody z wyrzutniami BM-21 załadowane pociskami wycelowane były w kierunku naszego sojuszniczego przeciwnika. Załogi w gotowości. Szyby zasłonięte metalowymi osłonami. Bezruch i cisza. Opodal na jakimś rżysku kończyli przygotowanie do otwarcia ognia żołnierze baterii haubic. Wyglądało to bardzo groźnie. Wysiedli z gazika i poszli w kierunku wyrzutni. Oglądali i wymieniali uwagi na temat tej broni. Następnie ppłk Sokołowski zwrócił się do Czecha słowami:
Panie pułkowniku. Ja też nie chcę rozlewu krwi i śmierci pańskich i swoich żołnierzy. Wie pan , że trwają ćwiczenia sojusznicze pod kryptonimem „Pochmurne Lato” i w ich ramach ja wykonuję postawione mi zadania. Pan też uczestniczy w tych ćwiczeniach. Jeżeli w naszą stronę padnie choć jeden strzał, to moja artyleria zniszczy pańskie ugrupowanie. Dlatego proszę pana o odstąpienie od swych zamiarów i nie przeszkadzanie nam w wykonaniu zadań.
Ppłk Sokołowski powiedział otwarcie, że batalion ten w niedługim czasie zablokuje jego koszary i prosi w tej materii o współpracę. Czeski dowódca ocenił sytuację realistycznie. Może jego czołgi rzeczywiście mogłyby rozbić jedną kompanię, ale nasza artyleria zrobiłaby w jego szeregach też duże spustoszenie. Jednak nic nie powiedział. Podwiózł ppłk. Sokołowskiego do czoła naszej kolumny i odjechał. Po jakimś czasie szpica batalionu ostrożnie ominęła czatę. Żołnierze CzAL czujnie nas obserwowali. Widać było obracające się za Skotami lufy czołgów T-54. Mieli nas na celownikach, ale nie padł ani jeden strzał.
W godzinę później 1 batalion zablokował koszary w Wamberku umożliwiając jednocześnie powrót do koszar wojskom będącym w zasadzce. Trudno sobie wyobrazić, co by się tam działo gdyby postąpili inaczej.
Tymczasem wojsko, po całodziennym marszu, doprowadzało się do porządku. Pogoda była ładna. Letni, ciepły dzień i taka zapowiadała się noc. Żołnierze tego dnia nie mili zbyt dużo roboty. Ochrona kolumn, działalność zwiadowcza i ciągłe napięcie potęgowane siedzeniem w rozgrzanym przez słońce samochodzie opancerzonym teraz dały o sobie znać. Mechanicy-kierowcy sprawdzali swoje pojazdy, tu i ówdzie podjeżdżał wóz techniczny i naprawiali drobne usterki, tankowali paliwo. Kuchnia polowa gotowała wodę na kawę. Wojsko rozbijało biwak. Zaczęliśmy odczuwać brak wody pitnej. Zorganizowano kolumnę cystern wspartą plutonem piechoty i wysłano ją do najbliższej wsi. Ja w międzyczasie dostałem zadanie łączności z ludnością cywilną, badania jej nastrojów i meldowanie dowódcy o spostrzeżeniach. Oficjalne meldunki miałem składać trzy razy dziennie zastępcy do spraw politycznych, dowódcy i do Wydziału Politycznego 4 DZ. Skorzystałem, więc z okazji i pojechałem z kolumną. Wieś docelowa to Petrowice jakieś 5 km od miejsca postoju. Wioska nieduża położona między torami kolejowymi a szosą prowadzącą z Tyniste do Hradca. Spodziewaliśmy się znaleźć tam wodę z wodociągu stacji kolejowej. Ale hasło „Za Dubczeka...” tu już działało. Na stacji nie ma wody. Wodociąg stacyjny służący do napełniania lokomotyw parowych zepsuty. Kolejarz z nami rozmawiający, jakby dopiero się narodził. Nie wie gdzie jest jakaś władza, hydrant przeciwpożarowy czy inne źródło wody. Drugi kolejarz odesłał nas na drugi koniec wsi do sołtysa, którego zresztą nie było. Ludzie podawali nam mylne informacje. Wielu mieszkańców powychodziło przed domostwa i przyglądali się nam z poczuciem pewnej satysfakcji z naszej bezradności. Gdzie niegdzie ktoś krzyczał „okupanty do domu”. Czas leciał a wody nie ma.
Staliśmy właśnie przed ładną willą jakiegoś nowobogackiego Czecha. Ładna stylowa brama z metalu i siatkowy płotek na podmurówce odsłaniała dobrze utrzymany ogród kwiatowy i pięknie ostrzyżony trawnik prowadzący od bramy w głąb podwórka. Zauważyłem, że tuż obok zabudowań stoi zwykła studnia kręgowa z kołowrotkiem zadaszonym ozdobnym daszkiem. Po naradzie z dowódcą plutonu gospodarczego postanowiliśmy z niej brać wodę. Podeszliśmy. Właściciel stał przy bramce. Zapytałem go gdzie możemy zaopatrzyć się w wodę. Z uśmiechem, wydawało mi się drwiącym, zacytował: „za Dybczeka a Sobodu okupantu ni wodu”. Z uśmiechem też wskazałem na jego studnię i powiedziałem, że woda jest tam i z tamtą ją będziemy czerpać. Mówię mu dalej: jeśli uważacie nas za okupantów, to postąpimy jak okupanci. Otwieraj bramkę. Odmówił. Dałem znak i jeden ze SKOT-ów wykręcił i podjechał pod bramkę gotów dodać gazu i ją wywalić. Właściciel widząc, że to nie przelewki i wyobrażając sobie co zostanie z jego bramy i trawnika zatrzymał nas coś tam wykrzykując. Zapytałem jeszcze raz gdzie jest woda. Coś mówiąc pokazał ręką. Poprosiłem aby z nami pojechał. Poprowadził nas pod ten sam zepsuty hydrant kolejowy i przy pomocy jednego kolejarza puścili wodę.
Nastroje wrogości narastały z każdą godziną. Przejawiały się zwłaszcza wtedy gdy ludzie byli w większych grupach. Czuli się silniejsi. Wykrzykiwali hasła, czasami ktoś rzucił kamieniem, ktoś inny przykleił plakat na samochodzie lub wciskał żołnierzom ulotki. Zaczęła też działać jakaś opozycyjna, konspiracyjna organizacja. Młodzi ludzie na skuterach i motorynkach przejeżdżali wzdłuż kolumn, liczyli samochody, podrzucali ulotki ale nie nawiązywali kontaktów.
Każdy postój zgłaszaliśmy na milicji. W wielu przypadkach wrogo nastawieni funkcjonariusze nie przyjmowali faktu naszej obecności do wiadomości i kazali nam wracać do domu. Przeciw rozpoznawaniu kolumn zastosowaliśmy prostą metodę: SKOT w poprzek drogi i posterunek. Motorynkowcy nie starali się przejechać, a samochody przepuszczaliśmy chyba, że wydawały się mocno podejrzane. Widząc nasze działania, po pewnym czasie, przyłączała się do naszych posterunków czeska milicja. Kontrolowali zatrzymane przez nas wozy.
Całodniowe napięcia pomału odchodziły. Oficerowie łącznikowi ze sztabu 4 Dywizji Zmechanizowanej im. Jana Kilińskiego przywozili wiadomości i informacje o sytuacji w całej Czechosłowacji. Zbulwersowała nas wiadomość o zniszczeniu radzieckiej kolumny czołgów w Libercu. Ze słyszenia wyglądało to tak: Od zachodu w nocy zbliżała się do miasta kolumna czołgów. Wśród tamtejszych działaczy opozycyjnych wybuchła euforia, że do miasta zbliżają się amerykańskie czołgi. Miasto szykowało się w pośpiechu do powitania. Gdyby wśród opozycyjnych obserwatorów byli jacyś znawcy broni pancernej, to rozpoznaliby pochodzenie czołgów. Jedno co łączy amerykańskie i radzieckie czołgi to pięcioramienna gwiazda z tą tylko różnicą, że radziecka czerwona a amerykańska biała. Kolumna wjechała do miasta. Ludzie witają wkraczających Amerykanów . Siedzący w zamkniętych pudłach żołnierze radzieccy myśleli, że to wiwaty na ich cześć. Otwierali włazy i pozdrawiali wiwatujących. Wtedy ktoś odkrył pomyłkę i zaczęło się. Wiwaty zmieniły się w okrzyki wrogości. Natychmiast znalazły się butelki z płynem zapalającym, obrzucono nimi czołgi, zaczęła się strzelanina. Kolumna spłonęła. Zginęło kilkadziesiąt osób cywilnych i żołnierzy radzieckich. Mówiono też o niepokojach w stolicy Czechosłowacji w Pradze. Tam też palono czołgi , ale straty były mniejsze.
Pomału ruch wokół kolumn malał. Tylko zorganizowana ochrona i obrona czuwała. Co jakiś czas wzdłuż kolumny przeszedł patrol. W samochodzie sztabowym wypracowywano decyzje na następny dzień. Nad mapa oficer operacyjny kpt. Brzeszczak wytyczał kierunki naszego działania. Wokół cisza, noc ciemna, jednym słowem sielanka.
Około trzeciej nad ranem obudziło mnie dalekie echo serii z pistoletów maszynowych i huk wybuchających granatów. Zadrżało mi serce. Czyżby i u nas się zaczęło? Miałem najgorsze przeczucia. Wyobraziłem sobie zabitych i rannych naszych i ewentualnych napastników, spalone SKOT-y i inne związane z walką makabreski. Cała kolumna natychmiast ożyła. Żołnierze i oficerowie z niepokojem wypytywali o sytuację. Zaterkotały telefony w wozie sztabowym. Dowódca 1 batalionu meldował , że jego kolumna została zaatakowana na odcinku drugiej kompanii, która się broni. Gdzieś po 15 - 20 minutach kanonada ucichła . Z meldunków wynika , że ani zabitych ani rannych po naszej stronie nie ma. A jak u przeciwnika? Na razie nie wiadomo. Chyba się wycofał. Dowódca pułku polecił być czujnym i po ciemku nie wchodzić do lasu. Może być jakaś zasadzka. Powiedział, że o świcie przyśle komisję do zbadania sprawy. Około godziny 5.00 w rejon 2 kompanii pojechała komisja z ppłk. Rutyną i mjr. Wójcikiem na czele. Towarzyszył jej wzmocniony pluton piechoty. Oprócz wyżej wymienionych pojechał też kpt. Brzeszczak i ja. Jechaliśmy asfaltową, dobrze utrzymaną drogą wśród ścian sosnowego lasu. Słońce wstawało, oświetlając wierzchołki drzew rzucało swoje promienie i na naszą kolumienkę. Świeżość poranka i zapach sosnowego lasu rekompensował nieprzespaną noc.
2 kompania rozlokowała się przed niewielką wioską w lesie na zboczu wzgórza wzdłuż szosy. Po jej przeciwnej stronie stok gwałtownie opadał, odsłaniając zalesioną dolinkę. Jakieś 5 m. niżej biegła do wioski linia telegraficzna. Jeden z wartowników usłyszał w dole jakiś rumor i podejrzany ruch. Noc była ciemna. Krzyknął więc regulaminowe „ stój kto idzie”, a następnie „stój bo będę strzelał”. Żadnej odpowiedzi, a ruch odbywał się nadal. Oddał więc serię najpierw w górę, a następna w dół po krzakach. Strach ma wielkie oczy. Ruch przesuwał się od strony wioski, usłyszeli go też i inni wartownicy i przyłączyli się do kanonady, strzelając w las. Następnie ktoś rzucił granat, potem drugi. W końcu któryś z dowódców dał rozkaz przerwania ognia.
Zgodnie z rozkazem dowódcy pułku kompania była na swoich stanowiskach i nie wchodziła w teren ostrzelany. Komisja, spodziewając się znalezienia co najmniej kilku zabitych i rannych lub chociaż śladów po nich, przystąpiła do pracy. Wysłany w las zwiad nie stwierdził w lesie obecności ludzi, nie znaleziono śladów masakry ani nawet rzekomo wystrzelanych łusek. Ani śladu strzelaniny z przeciwnej strony. Natomiast znaleziono bardzo świeże i dobrze widoczne ślady przechodzącego stada dzików. Świadczyło to, że przed 2. kompanią przedefilowało jakieś duże ich stadko. Nie wytrzymały żołnierskie nerwy. Zaczęła działać wyobraźnia. Żołnierz, który oddał pierwszy strzał przysięgał, że słyszał wyraźny tupot nóg i chrzęst broni. Inni też to potwierdzali.
Oszacowaliśmy straty. Kilkanaście rozbitych izolatorów na słupach telegraficznych, dwa małe dołki od wybuch granatów, trochę poszarpanych liści i przestraszona ludność w wiosce. Stratami zajęli się nasi łącznościowcy. My pojechaliśmy do wioski. W wiosce panika. Ludzie zebrali się na jej skraju i na nasz widok zaczęli wypytywać co się stało, kto na kogo napadł i ilu jest zabitych czy rannych. Z wioski nikt nie ucierpiał. Zapewnili , że to spokojna wioska i na pewno nikt by nie zaatakował. Padło wiele przyjaznych zdań pod adresem Polski i Polaków. Głupio nam było. Starszyzna wioskowa wybaczyła nam incydent tłumacząc go stresem jaki przechodzą młodzi żołnierze po tylu dniach napięcia, niewyspania i oddalenia od domu.
Najbardziej głupio czuli się sami żołnierze . Okazało się, że tylko kilkunastu nie wdało się w „walkę” (mechanicy kierowcy i obsługa kuchni polowej). Inni wystrzelali po około 20 sztuk amunicji. W tym dniu we wszystkich pododdziałach, zaraz po śniadaniu ( 30 dkg kiełbasy suchary i kawa ), przeprowadzono zajęcia na temat stosunku żołnierzy do ludności cywilnej i sposobu obchodzenia się z bronią. Szczególną uwagę zwrócono na służbę wartowniczo - ochronną, działanie czujek, czat i innych sposobów obrony . Dowódcom nakazano stosować regulaminowe sposoby ochrony na postoju : jedna trzecia broni, jedna trzeci czuwa, jedna trzecia śpi. Wyjątek stanowili kierowcy pojazdów mechanicznych , którzy mogli spać na postojach zawsze pod warunkiem, że mieli sprawne wozy. Była to jedyna strzelanina 17 pułku zmechanizowanego w czasie ponad dwu miesięcznego pobytu na terenie Czechosłowacji.
Około godziny 10.00 pułk ruszył dalej. Tym razem w awangardzie drugi batalion, w środku my i dalej pierwszy. Artyleria na końcu. Pierwszy etap dzisiejszego marszu to Hradec Kralowe . Kolumny posuwały się powoli . Chodziło tu przede wszystkim o demonstrację siły niż szybkie przemieszczanie się. Pierwszy do miasta wkroczył 2. Batalion . Trzy kilometry za nim nasza kolumna. Przejeżdżamy głównymi ulicami miasta. Na murach hasła i transparenty. Dużo ludzi przygląda się złowrogo jadącej kolumnie. Tu i ówdzie zorganizowane grupy rozgorączkowanej młodzieży wznosiły okrzyki, od czasu do czasu o pancerz uderzał rzucony z tłumu kamień. Posuwaliśmy się bardzo wolno nie chcąc spowodować żadnego wypadku drogowego zwłaszcza z udziałem ludności cywilnej. Co i rusz ktoś z tłumu wybiegał na jezdnię machając rękami w geście „zatrzymaj się” , ale uskakiwali gdy samochody podjeżdżały bliżej. Szczególne zamieszanie było na placyku przy, którym usytuowany jest pomnik wdzięczności. Monument był cały oblany różnokolorową farbą i oblepiony ręcznie robionymi plakatami. Nie wszyscy mieszkańcy Hradca okazywali wrogość. Wprawdzie nie było transparentów powitalnych, ale wiele ludzi przyjaźnie pozdrawiało żołnierzy zwłaszcza w miejscach oddalonych od zorganizowanych demonstracji.
Na lotnisku w Hradcu rozmieścił się sztab 2 Armii Wojska Polskiego . W tym dniu nie miałem okazji tam pojechać.
Kolumna wyjechała z miasta bez szwanku i drugorzędnymi drogami posuwała się w kierunku na Mlada Boleslaw. Około 13.00, 26.08 pułk dostał zadanie wzmocnienia batalionu czołgów blokującego lotnisko wojskowe w Miejscowości Milowice. Podobno czołgiści mieli jakieś kłopoty z batalionami obsługi i ochrony lotniska. Potrzebna im była piechota. Wysłano tam wzmocnioną kompanię zmechanizowaną z plutonem saperów, plutonem 85 mm armat ppanc. i drużyną łączności. Wysłano mnie z nimi. Byłem potężnym wsparciem. Cztery PMK i skrzynka granatów. Miałem jednak inne zadanie, jak zwykle podbudowywanie morale naszych żołnierzy i rozpoznawanie nastrojów ludności cywilnej.
Na lotnisko wpadliśmy jakąś polną drogą przegrodzoną szlabanem. Po jego drugiej stronie widniały zabudowania i wieża kontrolna. Środkiem przebiegał pas startowy, a gdzieś z innego końca budynki hangarów. Podjechaliśmy pod wieżę. Dwa czołgi T-54 blokowały wjazd. Obok dziwny widok. Cztery samoloty MiG oplątane drutem kolczastym stały ustawione dziobami do siebie . Przed budynkiem czescy żołnierze bez broni i chyba oficerowie lotnicy w charakterystycznych kombinezonach. Widok wcale nie wojenny. Czesi i Polacy głośno i wesoło rozmawiali jak starzy znajomi. Kompania dostała zadanie ochrony hangarów i magazynów z paliwem. Zadanie to wykonywała do godzin popołudniowych dnia 27 sierpnia.
Tymczasem pułk posuwał się w kierunku miasta Mlada Boleslaw i w godzinach popołudniowych jeden z batalionów zbliżył się do miejscowości Lusztenice. Stacjonował tam pułk czołgów. Kompanie zablokowały wszystkie drogi dojazdowe do koszar oraz bramki i furtki dla pieszych. Pozostałe bataliony i samodzielne pododdziały rozlokowały się w lasach okolicznych wsi Louczeń, Ujezd, Ujeździec, Benatki.
28.08 od samego rana podniecenie radosną nowiną: Przybył nasz rodzimy batalion czołgów. Trzy kompanie po 10 czołgów to duża siła. Były to jeszcze stare czołgi T-34-85 zwane „kaczkami” . Przezwisko to pochodzi od specyficznych odgłosów jakie wydawały gąsienice w czasie ruchu. Klap...klap...klap... przypominało stąpanie kaczki po błotnistym , mokrym terenie. Opóźnione przybycie czołgów spowodowane było trudnościami komunikacyjnymi na kolei. Załadowane na transport gdzieś w Kłodzkiem miały trudności i z przekroczeniem granicy, a później, już na Ziemi Czeskiej, też posuwały się bardzo wolno, często celowo przetrzymywane na bocznicach. Po dołączeniu do ugrupowania pułku, batalion czołgów zmienił piechotę w blokowaniu koszar w Lusztenicach. Czołgi rozmieszczono 300-400 m. od koszar otoczyły je ze wszystkich stron. Okopano je przy pomocy piechoty. W ten sposób batalion czołgów rozpoczął kilu tygodniową blokadę. Tylko jeden raz przez boczną bramę próbowały wyjść czołgi T-54, ale po wyraźnym ostrzeżeniu wycofały się. Nasze T-34 w okopach wyglądały groźnie. Z nad ziemi wystawały wieżyczki . Co jakiś czas obracały się to w jedną to w drugą stronę patrolując teren w sektorze swojego ostrzału. Stanowiły silne , trudno zniszczalne punkty ogniowe. Na szczęście czołgiści nie musieli wykazywać swoich artyleryjskich umiejętności.
W tym samym czasie do jednostek Czechosłowackiej Armii Ludowej dotarły rozkazy nakazujące unikania konfliktów z wojskami Układu Warszawskiego i poddania się blokadom. Z tym rozkazem nie mogło się pogodzić wielu dowódców czechosłowackich jednostek wojskowych . W okolicach Louczenia w miejscowości Wklawa, stacjonowała jednostka rakietowa. Zwiadowcy por. Magrysia ustalili, że jest to 7 Dywizjon Rakiet Przeciwlotniczych, a jego dowódcą jest mjr Wiesław Horka. Zapewnił on, że jego jednostka jest lojalna wobec sojuszników i nie będzie czynić żadnych wrogich ruchów. Po ustaleniu zasad współpracy ze sztabem naszego pułku jednostka ta była blokowana bardzo dyskretnie i do końca utrzymywano z nią bardzo poprawne, a nawet serdeczne stosunki.
W Lusztenicach było inaczej. Dowódca garnizonu , w skład którego wchodziło wiele jednostek, a między innymi batalion rozpoznawczy, składnica sprzętu pancernego ,ośrodek szkolenia spadochronowego, eskadra śmigłowców bojowych i inne był do nas nastawiony wrogo od samego początku. Wyraził to przy pierwszym spotkaniu z wysłanym do niego oficerem łącznikowym. Powiedział, że dostał od swoich przełożonych rozkaz nie wdawania się z nami w awantury ale na rozmowy z naszym dowódcą nie ma najmniejszej ochoty. Gdyby mógł, to jego czołgi bez przeszkód złamałyby naszą blokadę, ale jest żołnierzem i rozkaz wykona. Dopiero po kilku dniach, gdy blokada zaczynała dawać się we znaki wyraził chęć rozmów.
Dla mnie dzień 28.08 był bardzo pracowity. Do południa przygotowywałem materiały propagandowe dla naszych żołnierzy. Były to ręcznie robione i odbijane na powielaczu ulotki o sytuacji politycznej oraz tak zwane „błyskawice”, czyli też ulotki robione ręcznie ale nawołujące do konkretnego działania. Te drugie natychmiast reagowały na pozytywne lub negatywne zjawiska dnia dzisiejszego. Najczęściej omawiano w nich czyny żołnierzy zasługujące na popularyzację. Żołnierza wymieniało się z nazwiska jako wzór godny naśladowania. Czyny negatywne wymieniało się z pominięciem nazwisk. Mówiło się o nich w sposób ogólny pokazując ich negatywne skutki. „Błyskawice” reagowały też na propagandę defensywną „Radia Wolna Europa”. Najczęściej sami żołnierze wyśmiewali podawane przez tę rozgłośnię fakty. Na przykład o oficerach politycznych, „którzy krążyli w śród żołnierzy jak czarne kruki ...”, czy o panującym w jednostkach głodzie, o konfliktach z ludnością cywilną, czy o przejawach nieposłuszeństwa w naszych szeregach. Drobne fakty nie mające większego znaczenia dla życia i działania naszych żołnierzy urastały do problemów całej armii. Problemy były, ale z ich rozwiązywaniem nikt nie czekał na dobre rady „Wolnej Europy”. Na przykład sprawa zaopatrzenia w żywność. Powiedziałem wcześniej, że warzywa, ziemniaki, mięso i inne produkty skończyły nam się już po pięciu dniach. Później przez następne kilka dni, byliśmy na suchym prowiancie. Na pewno na dłuższą metę byłoby to nie do wytrzymania. Dwa razy dziennie Kiełbasa żywiecka lub jałowcowa oraz słonina konserwowana, a do tego chleb z puszki , suchary i kawa w kostkach , to na pewno nie wymarzone menu żołnierza. Nikt nam nie musiał tego podpowiadać . W meldunkach o nastrojach zgłaszaliśmy problemy trzy razy dziennie, ale zaopatrzenie przyszło dopiero 30.08. Jeden jakiś mały, nieznaczący fakt urastał do problemów całej armii. Żołnierze konfrontowali stosunki panujące w pododdziałach i sami dochodzili do przekonania o kłamliwości propagandowej tej rozgłośni. Świeże mięso przywiezione zostało do nas z Ukrainy samolotami transportowymi. Co jakiś czas, na lotnisku w Milowicach lądowały potężne „Antki”, a z ich ładowni wychodziły krowy. Po pewnym czasie było tam duże stado bydła przeznaczonego na zaopatrzenie nie tylko Armii Radzieckiej. Inne produkty zaczęły do nas docierać z kraju.
Po południu tego dnia objechałem kompanie jednego batalionu. Z wozu propagandowego puszczaliśmy wcześniej nagraną audycję, a następnie koncert życzeń. Żołnierze gromadzili się przy wozie. Zadawali pytania, dzielili się wrażeniami. Widać było po nich trudy siedmio dniowych marszów, spania byle gdzie i byle jak, braku łączności z krajem. Najczęściej zadawane pytania to o miejsce pobytu. Żołnierze nie wiedzieli gdzie się znajdują. Wożeni, najczęściej drzemali lub spali, a z wozów wychodzili tylko do wykonania zadań. Podziwiali wtedy okolice ale nie potrafili jej umiejscowić. Pokazywaliśmy im na mapie Europy gdzie jesteśmy i skąd przyszliśmy. Dużo było pytań o łączność z krajem, o listy. Wielu wyrażało obawy o swoje rodziny, zwłaszcza żołnierze żonaci. Padały też pytania o możliwości otrzymania urlopów. Żołnierze drugiego rocznika obawiali się czy przypadkiem nie zostanie przedłużona im służba wojskowa i t. p. podobne sprawy. Rozmawialiśmy z nimi szczerze, mówiąc że po pewnym czasie wszystko się unormuje, że obecnie jesteśmy w ciągłych marszach i nie wiemy czy do kraju wrócimy za kilka dni czy za kilka tygodni. Żołnierze widzieli, że oficerowie dzielą z nimi taki sam los. Jedzą tak samo z menażek i z tej samej kuchni polowej, tak samo śpią gdzie się da i są tak samo zmęczeni. To zbliżało. Rodziło się pełne zaufanie żołnierzy do swoich dowódców i odwrotnie. Dotychczasowe działania wykazywały, że nasi żołnierze to nie bezwładna masa, którą do działania trzeba popędzać batem. Nasi żołnierze w działaniu wykazywali wysokie zdyscyplinowanie, gotowość do wykonania każdego zadania i inicjatywę. Można było na nich bezwzględnie polegać.
Do ugrupowania sztabowego powróciłem późną nocą. W między czasie pluton dowodzenia i regulacji ruchu rozbił kilka namiotów, w których urządzono polowy hotel. Po raz pierwszy od 21 sierpnia przespałem kilka godzin na polowym łóżku oczywiście we własnym śpiworze. Obudziłem się około 8.00 dnia 29.08. Poranek był pochmurny i zapowiadał deszczowy dzień. Po wyjściu z namiotu zobaczyłem, że jesteśmy na drodze między uprawami. Z jednej strony dorodnej kukurydzy, a z drugiej dużego pola pszenicy. Tego dnia , z Wydziału Politycznego 4 DZ, powiadomiono nas, że przysyłają do pułku Zespół Estradowy Śląskiego Okręgu Wojskowego „Wesoła Drużyna” , dowodzony przez kpt. Gronczewskiego. Występy dadzą w godzinach popołudniowych. Estradę zrobiliśmy z kilku przyczep samochodowych, a widownię na drodze. Około godziny 15.00 zespół przyjechał autokarami. Zapoznali się z warunkami w jakich mieli występować, ale nie wybrzydzali. Do południa przeszedł nad nami krótki, ale ulewny deszcz zamieniając drogę w błoto, a i teraz zanosiło się na padanie. Z batalionów odległych od sztabu o kilka kilometrów przywieziono po 3-4 samochody żołnierzy. Było to pierwsze takie spotkanie od czasu wyjazdu z kraju. Były serdeczne powitania przyjaciół z różnych pododdziałów, wspólne „zakurki” i rozmowy. O 17.00 rozpoczął się występ i jak na ironię, w tym samym czasie lunął deszcz. Żołnierze przykryli się pałatkami , ale artyści zmokli do suchej nitki. Bohatersko wytrwali do końca za co otrzymali wielkie brawa. Deszcz przestał padać tuż po zakończeniu koncertu.
Od 30 sierpnia rozpocząłem systematyczne rozpoznawanie okolicznych miejscowości, nastrojów wśród ludności cywilnej i nawiązywanie kontaktów z przedstawicielami władzy. Na pierwszy ogień poszły Lusztenice. Jest to niewielkie miasteczko położone z dala od głównych szlaków komunikacyjnych, czyste, schludne i spokojne. Zadbane domostwa i ludzie jakby spokojniejsi. Objechałem miasteczko kilka razy, poznając jego topografię. Nie było w nim jakichś specjalnych budowli wskazujących na siedziby władz. Nie znalazłem też posterunku policji. Na jednym z budynków, w bocznej uliczce, zauważyłem napis „Mistni Narodni Wybor”, Miejska Rada Narodowa. Postanowiłem tam odnaleźć jakąś władzę.
Budynek nie był zbyt okazały. Po schodach wszedłem na pięterko i zapukałem do drzwi z napisem „Predseda” ( przewodniczący ). Nikt nie odpowiadał. W drodze na piętro nie spotkałem ani jednego pracownika. Nie było też interesantów. Wiedzieli, że wszedłem do budynku, bo przez okna dyskretnie obserwowali samochód. Zapukałem do pokoju obok. Ciasne pomieszczenie zastawione biurkami. Cztery stanowiska pracy i cztery kobiety pilnie pochylone nad jakimiś dokumentami. Jedna z nich coś pisze na maszynie. Powiedziałem po polsku ,, dzień dobry’’ i zapytałem o przewodniczącego lub o jakiegoś innego człowieka, z którym mógłbym porozmawiać. Żadna z kobiet nie odpowiedziała. Potraktowały mnie jak powietrze. Udawały, że mnie nie ma, a tego, co do nich mówię jakby nie słyszały. Forma protestu. Trudno, trzeba znaleźć na nie jakiś sposób. Usiadłem na krześle i nic nie mówiąc obserwowałem kobiety. Co jakiś czas to jedna, to druga dyskretnie, spod oka obserwowały mnie. W ich spojrzeniu nie widziałem wrogości, a raczej zaciekawienie. Postanowiłem wziąć je na wytrzymałość. Przez okno dałem znać chłopakom, że wszystko w porządku i znów usiadłem na krześle. Gdzieś po godzinie wyciągnąłem z torby polowej cztery czekolady wedlowskie i położyłem po jednej przed każdą. Udały, że tego nie widzą ale dyskretnie zerkały na czekolady i na mnie. Zaczęły coś tam między sobą mówić, ale nadal mnie nie dostrzegały. W międzyczasie weszło kilku interesantów. Widząc żołnierza szybko się wycofali. Po dwóch godzinach nie wytrzymały. Jedna z nich podniosła słuchawkę i coś tam powiedziała. Po chwili z przyległego pokoju wyszła bardzo przystojna kobieta. Podeszła do mnie i zaczęła coś recytować nie dając mi dojść do słowa. Zrozumiałem tylko, że okupanci nie mają tu nic do roboty, że one nie chcą o niczym słyszeć, bo są tylko pracownicami a władzy nie ma. Wypowiedziała całą tyradę słów, których sensu mogłem się tylko domyślać. Gdy złapała oddech ja z kolei zapytałem ją kim ona jest a przedtem przedstawiłem się z imienia i nazwiska. Nawet napisałem jej na kartce aby łatwiej zapamiętała. Zacząłem jej wyjaśniać, że nie mogą nie dostrzegać obecności wojska na swoim terenie i w ich interesie jest choć elementarna współpraca z nami, na przykład w zakresie utrzymania porządku i bezpieczeństwa, współpracy kulturowej czy choćby zaopatrzenia w wodę. Niebieskooka brunetka o energicznych ruchach, pani Iryna Litarowa - sekretarz Miejskiej Rady Narodowej w Lusztenicach ( jak się dowiedziałem kilka dni później) chyba uznała moje racje i już innym tonem powiedziała, że wiedzą, gdzie stoją nasze wojska i jak będzie potrzeba to nas znajdą. Zapytałem o przewodniczącego ale jak zwykle powiedziała, że nie wie, gdzie jest i kiedy będzie. Poprosiłem też o wskazanie źródeł wody, w których moglibyśmy bezkolizyjnie się zaopatrywać. Nie wypowiedziała słów znanego hasła i obiecała załatwić tę sprawę.
Sprawa wody była dla nas bardzo ważna, a również potrzebny był jakiś teren, który moglibyśmy zająć bez szkody dla mieszkańców. Dłuższy postój na drodze i życie wojska w przydrożnych rowach było uciążliwe dla nas i dla mieszkańców. Następnego dnia pani Litarowa przedstawiła mi jakiegoś mężczyznę, który pokaże hydranty, z których będziemy się zaopatrywać. Chodziło tu zwłaszcza o wodę dla batalionu czołgów, który rozlokował się w okolicach koszar. Przewodniczącego nadal nie było. Pracownice pomału oswajały się z moją obecnością. W czasie trzeciego spotkania były już bardziej rozmowne i poczęstowały mnie nawet herbatą. To duży postęp. W czasie rozmowy z nimi dowiedziałem się, że są to żony żołnierzy zawodowych służących w Lusztenicach. Pani Iryna jest żoną majora. Opowiadały mi o swoich związkach z Polską. To przede wszystkim wczasy nad polskim morzem; Kołobrzeg, Gdańsk i inne nadmorskie okolice. Od nich dowiedziałem się o nastrojach panujących w koszarach. Nie były najlepsze. Gdy już wychodziłem, jedna z nich zapytała, czy mam jeszcze czekoladę wedlowską. Nie miałem, ale w torbie polowej na wszelki wypadek miałem też wedlowskie batony czekoladowe. Lody zostały przełamane. Od tej pory wszystkie sprawy, z którymi do nich przychodziłem, były załatwione. Było ich niewiele, ale pogawędka z tymi kobietami pozwalała mi na wyrobienie sobie opinii o nastrojach panujących wśród mieszkańców i w koszarach. Co ciekawe to, to że z miasteczka znikły wszystkie wrogie nam napisy i hasła o wiele szybciej niż w innych miejscowościach. Jedyną władzą, którą tam napotykałem przez cały czas była pani Iryna Litarowa.
Tymczasem sztab pułku i sztaby batalionów z pododdziałami wzmocnienia przemieszczały się z drogi na drogę. 1 września kombajny spółdzielni ścięły kukurydzę, a dzień wcześniej pszenicę. Rżyska dobrze nadawały się na rozbicie obozu i unormowanie na jakiś czas życia. Wszyscy mieli już dość sporadycznego spania gdzie się da i mycia w deszczówce z przydrożnych rowów. Bez zgody spółdzielni pododdziały przeprowadziły się z drogi na ścierniska i rozbiły obozowiska. W tym też czasie bataliony zablokowały wszystko to, co było wojskowe na naszym terenie. Zaczęło się normalne życie.
1 września w meldunku o nastrojach dowódca 3 batalionu doniósł o samowolnym oddaleniu się z bronią i amunicją dwóch żołnierzy. Byli to szer. Stanisław Czarnecki i Tadeusz Noworat. Omamieni propagandą znanego nam radia, zeszli z posterunku i ruszyli przez Czechy w kierunku „wolnego świata’’. Przy próbie przedostania się do Austrii schwytani zostali przez czechosłowackie służby ochrony granic, a następnie przekazani naszym, Wojskowym Służbom Wewnętrznym, a ci prokuratorowi. W dniu 6 września 1968 roku na ściernisku pod Louczeniem odbył się sąd polowy w trybie doraźnym. W rozprawie uczestniczyli wolni od służb żołnierze 3 bpz oraz delegacje z innych pododdziałów. Delikwentów przyprowadzono pod strażą żołnierzy z WSW. Sąd polowy pod przewodnictwem szefa Sądu Garnizonowego w Zielone Górze skazał, po prawie trzygodzinnym procesie, szer. Czerneckiego na siedem , a szer. Noworata na pięć lat więzienia. Po rozprawie odbyło się spotkanie żołnierzy z sędziami. Dużo mówiło się o honorze żołnierza i przestrzeganiu słów przysięgi wojskowej.
Kilka dni później nowy wypadek tym razem z bronią. Szer. Kazimierz Langier, z 2 kompanii czołgów postrzelił się w nogę. Oficjalna diagnoza lekarska stwierdziła ranę postrzałową kończyny dolnej lewej stopy w zakręcie pięty. Jak on to zrobił zastanawialiśmy się wszyscy. Strzelić sobie w piętę przypadkiem trzeba było specjalnego ustawienia broni. Było podejrzenie, że postrzelił się celowo, aby iść do cywila. Nie wiem jak się potoczyły dalsze jego losy. Zabrany został do polowego szpitala, a stamtąd na leczenie do kraju.
Natomiast złowrogie wieści doszły nas z Jiczina, rodzinnej miejscowości znanego nam z dobranocki Rumcajsa. Trzech żołnierzy z 11 Dywizji Zmechanizowanej przebywających z bronią na samowolnym oddaleniu zastrzeliło chłopaka i dziewczynę. Ze słyszenia wyglądało to tak: Przebywający na samowolnym oddaleniu trzej polscy żołnierze zostali zaproszeni przez kilku Czechów do karczmy na piwo. Chodziło im na pewno o to, żeby spić ich a potem wykorzystać w propagandzie pokazując, jacy to są polscy żołnierze: awanturnicy i pijacy. Po kilku godzinach żołnierze nasi byli spici jak bąki. Poczuli się władcami. Wyszli na pustą o tej porze, był już późny wieczór, ulicę. Akurat przechodziła tam młoda para Czechów wracających z kina. Żołnierze przyczepili się do dziewczyny. Chłopak stanął w jej obronie. Zaczęła się szamotanina. Będący w karczmie biesiadnicy zawiadomili policję, a ta z kolei nasze WSW, ale zanim przyjechał patrol rozegrała się tragedia. Chłopak bronił się dzielnie. Poturbował jednego, bardziej agresywnego, a drugiemu też dołożył. Trzeci żołnierz nie brał udziału w bójce lecz biernie się przyglądał. Po uwolnieniu się, młoda para zaczęła uciekać. Wtedy to pijany żołnierz, urażony w swej ambicji, wygarnął z PMK do chłopaka , a następnie do dziewczyny. Kilka chwil później przyjechał nasz patrol WSW i zwinął stawiających opór żołnierzy. Na ulicy zostały ciała zabitych dwojga młodych ludzi. Zginęli na miejscu całkiem niepotrzebnie. Czy gdyby żołnierze byli trzeźwi doszłoby do tej zbrodni? Jak się czuli ci, starzy Czesi , którzy stawiali żołnierzom piwo. Na pewno dobrze wiedzieli jak działa na młodych ludzi nadmierna ilość wypitego piwa. Niepotrzebna śmierć.
Wydarzenia w Jiczinie miały swoje reperkusje propagandowe. Gwałtownie wzrosły nastroje antypolskie. Na murach wzrosła ilość antypolskich haseł i plakatów. Nawet moje kobiety w Lusztenicach okazały mi swój gniew i oburzenie. Na każdym kroku spotkany cywil demonstrował swój protest. Natomiast w samym Jiczinie ofiary urosły do narodowego symbolu. Ich pogrzeb przerodził się w wielką patriotyczną demonstrację, na którą przyjechało wiele delegacji z innych miast. Tak się złożyło, że w dzień po pogrzebie wysłano mnie na przejście graniczne do Lubawki. Przejeżdżając przez Jiczin gazikiem kierowca jechał bardzo wolno, bo tłum młodych ludzi oblegał samochód waląc po masce pięściami i oklejając cały samochód różnymi antypolskimi plakatami. Wrzeszczący tłum o mało co gotów był wywalić nasz samochód. Z jednej ulotki przyklejonej na samochód, dowiedziałem się że, ofiarami napaści byli: Jarosław Weselli i Zdenka Klimasowa. Poza tymi, śmiertelnymi ofiarami było jeszcze kilaka osób rannych. Szaleniec ranił też dwóch naszych żołnierzy podczas zatrzymywania. Wracając przez Jiczin w nocy nic złego nas nie spotkało.
Te wydarzenia wykazały nam, że morale naszych żołnierzy zaczyna słabnąć. Zauważyliśmy rosnącą opieszałość w wykonywaniu rozkazów i poleceń. Wojsko zaczynało się nudzić. Po naradzie w sztabie pułku na ten temat, dowódca wydał rozkaz: „kto nie na służbie, ten się szkoli”. Około 10 września ze sztabu dywizji przyszedł rozkaz o zdeponowaniu w pododdziałach ostrej amunicji i granatów będących do tej pory przy żołnierzach. Od tego czasu amunicja była wydawana tylko tym, którzy pełnili służbę wartowniczą , ochronną czy patrolową. Uzbrojeni też byli żołnierze na posterunkach blokujących koszary. Od tej chwili na ściernisku organizowano dla wolnych żołnierzy różne zajęcia: pogadanki polityczne, czyszczenie i pielęgnacja broni, musztra, regulaminy, zajęcia z saperki i łączności, artylerzyści ćwiczyli działoczyny i opis sprzętu, kierowcy pucowali swoje pojazdy szykując je do prac związanych z przejściem na eksploatację jesienno-zimową.
Tym czasem na politycznej scenie wydarzeń niewielkie zmiany. W dywizji trwa szkolenie ewentualnych wojennych komendantów miast. W dniu 3. 09 do pułku przysłano: ppłk. Derewnickiego, mjr. Adolfa Mrowca, kpt. Kruszewskiego i tłumacza ppor. Bęrlera. W przypadku potrzeby mieli oni stanowić komendanturę wojskową miasta Mlada Boleslaw. Grupa przebywała w pułku do 25 września, a następnie została odwołana i wycofana do kraju. Ustały widać warunki wprowadzenia komendantów. To znak, że sytuacja się normalizuje. W międzyczasie oficerowie ci wzmocnili grupę propagandową i prowadzili rozpoznanie nastrojów wśród ludności cywilnej. Penetracją grupy objęto kilkanaście mniejszych i większych miejscowości wschodniej części powiatu Mlada Boleslaw, a między innymi: Milowice, Lusztenice, Piskowa Lhata, Brodce, Charwatce, Śmilowice, Semczyce, Kosieryce, Nemczice, Jablonec, Jabkienice, Górna Hora, Wklawa, Nymburg, Kolin, Ujezd, Ujeździec, Dobrowice, Wodierady, Lethorat, Benatki, Mnichowo, Hradiszte. Czasami zapuszczała się do m. Chlumec i dalej, aż do Pardubic. Tam już raczej w celach turystycznych, bo nie był to rejon naszego działania.
Od 1 września sytuacja w jednostce zaczęła się normalizować. W zasadzie wszyscy już byli na swoich miejscach. Mniej zadań doraźnych dawało więcej czasu na rozmyślania własne wewnętrzne. Na pierwszy ogień poszły sprawy bytowe. Jedzenie było nadal kiepskie: konserwy, kiełbasa, suchary, chleb konserwowy i kawa. Brak kantyny uniemożliwiał zaopatrzenie się nie tylko w żywność, ale i w środki czystości. Dopiero 3 wrzenia dotarło do nas świeże mięso z zaopatrzenia radzieckiego, a z kraju dowieziono produkty mączne i ziemniaki. W tym dniu kuchnia polowa rozsiewała wokół smakowity zapach gotowanego krupniku na wołowinie. Pierwszy gorący posiłek od 25 sierpnia : krupnik, sztuka mięsa i pajda świeżego chleba z rozwiniętej przy sztabie dywizji piekarni polowej. Chleb ciemny i kwaśny, ale w porównaniu z konserwowym „ koksem” z puszki był wspaniały. Micha treściwej zupy, a raczej menażka, podniosła morale żołnierzy o kilka punktów. Na kolację też nastąpiły zmiany. Kawa, wprawdzie z kostek, ale już świeży chleb, margaryna i marmolada. Ten zestaw, nazwany później „ siostrami MM”, też przypadł do gustu. Tylko na nieszczęście stosowany był zbyt często, aż do wyczerpania zapasów. Raz tylko, przez cały czas pobytu na śniadanie było tzw. „białe szaleństwo”, czyli ser twarogowy rozcieńczony śmietaną. Natomiast dwie siostry „M” podawano aż do znudzenia. Jedną z lepszych zup serwowanych przez kuchnię była grochówka z wkładką. Najczęściej wkładką była kiełbasa lub wędzony boczek, który przywieziono z kraju. Przez cały czas brakowało warzyw. Dostarczano je w niewielkich ilościach. Brak było też owoców, chociaż w kraju był na nie urodzaj.
Sprawa troski o wyżywienie żołnierzy była zawsze w centrum uwagi aparatu politycznego. Z każdego, nawet drobnego niedopatrzenia w tej sprawie robiliśmy wielki, raban czemu dawaliśmy wyraz w pisanych od 3.09 meldunkach o nastrojach. Pułk, poprzez sekcję polityczną składał je trzy razy dziennie: dwa telefonicznie i jeden na piśmie. Podnosiliśmy też bardzo mocno sprawę kantyny. Przysłano ją dopiero po 15 września. Jej stałe miejsce postoju znajdowało się na stanowisku dowodzenia pułku, ale o wyznaczonych godzinach jeździła do poszczególnych batalionów. To znaczy powinna jeździć, bo dość często wyjazd był wstrzymywany „ obiektywnymi okolicznościami”, np.: zepsuty samochód ciągnący kantynę lub brak ochrony, a najczęściej brak zaopatrzenia, w związku z czym nie było czym handlować. Najczęściej z kantyną jechał wóz propagandowy. Nadawaliśmy różne komunikaty o sytuacji w Czechosłowacji i w kraju. Dużym zainteresowaniem i wzięciem cieszyły się improwizowane koncerty życzeń oraz dyskusje przy mikrofonie czy audycja „ Teraz pytanie- teraz odpowiedź”. Dużo pytań dotyczyło łączności z krajem. Pierwsze listy dotarły do żołnierzy około 6 września. Poczta polowa dostarczała je bardzo nieregularnie. Wraz z listami z kraju zaczął narastać problem przepustek do Polski. Okazywało się raptem, że większość żołnierzy miała starych i chorych rodziców i natychmiast muszą im zapewnić opiekę, bo w kraju są samotni, a inni nie chcą się nimi opiekować. Druga grupa to żołnierze żonaci. Ujawnili to dopiero tu. Każdy z nich raptem przejawiał troskę o rodzinę. Inni mieli narzeczone w ciąży i wyznaczone daty ślubu. Byli też tacy, którym przysłano z kraju skierowanie na jakieś długo oczekiwane badanie lekarskie. Największy niepokój zapanował wśród żołnierzy żonatych po pewnej, wrednej audycji RWE mówiącej mniej więcej tak: „Ty z daleka od kraju, a tam twoją żoną zajmuje się ktoś inny”. To zadziałało na młodych ludzi. Wyobraźnia i zazdrość. Mieliśmy poważny problem i dużo roboty aby uciszyć często wybujałą wyobraźnię żołnierzy.
W tym czasie nie było możliwości wysyłania żołnierzy na przepustki. We wszystkich sprawach wymagających interwencji wysyłaliśmy pisma do garnizonów z prośbą o zorganizowanie pomocy rodzinie żołnierza. Najczęściej taka pomoc przychodziła, a żołnierzowi dawano odpowiedź pisemną, przysyłaną imiennie przez pocztę polową. Taka forma pomocy zyskała uznanie wielu żołnierzy.
Na naszą kantynę były ciągłe skargi, ale nic nie mogliśmy zrobić. Zaopatrzenie przychodziło z kraju. Nic nie kupowano w Czechosłowacji i to był poważny mankament zaopatrzenia. Jeśli chodzi o kadrę, to nasza armia była najgorzej zaopatrzoną armią Układu Warszawskiego tak pod względem wyżywienia, jak i zaopatrzenia finansowego. We wszystkich armiach UW stacjonujących w Czechosłowacji dodatek za służbę za granicą wypłacano w koronach. U nas dziesięciozłotowy dodatek dzienny wypłacany był w złotówkach. Przy okolicznościowych spotkaniach Rosjanie, Węgrzy czy Bułgarzy szpanowali towarami kupionymi legalnie za czeskie pieniądze. Nasi chowali w kieszeniach złotówki, za które w czeskich sklepach nic nie kupiło się, a i w kantynie nie było na co ich wydać. Stąd liczne postulaty zgłaszane przez kadrę i przekazywane dalej w naszych codziennych meldunkach, o wypłacanie części równoważnika w koronach. Nic z tego. Natomiast przyszło polecenie zbadania skąd kadra ma korony. Po prostu wymieniała się naszym bilonem z podobizną Kościuszki, Nike, Kopernika czy Kazimierza. Robiono z tego powodu wielki szum na pograniczu skandalu. Bezmyślność wyższych przełożonych w tym względzie była wyjątkowo duża.
Radio Wolna Europa pilnie troszczyło się o to, aby oficerowie polityczni i dowódcy mieli pełne ręce roboty. Codziennie podrzucano nam jakiś problem, który bądź to pogarszał, bądź poprawiał nastroje. Poprawiały je najczęściej wiadomości kłamliwe, np.: o złowrogiej roli oficerów politycznych, czy o głodzie panującym wśród żołnierzy, czy o niskim stanie dyscypliny, szerzących się dezercjach i samowolnych oddaleniach, epidemiach groźnych chorób, na które zapadają masowo nasi żołnierze itp. Te i temu podobne wieści rozsiewane przez RWE żołnierze weryfikowali na miejscu i odrzucali je jako kłamliwe. One były do sprawdzenia i nie potwierdzały się. Jednak to, czego nie można było zweryfikować na miejscu lub co było prawdopodobne, zapadało w serca żołnierzy. Pamiętam ich akcję wymierzoną przeciw rezerwistom. Sączono w nich wiadomości o stratach moralnych i materialnych jakie ponieśli przez służbę w Czechosłowacji. Inni pracują, a twoja rodzina jest na zasiłku i ledwo wiąże koniec z końcem. Żołnierzom drugiego rocznika, którym za kilka tygodni kończyła się służba zapowiadali poważne jej przedłużenie. Kadrze zawodowej podrzucali problem zaopatrzenia na zimę. Kto zaopatrzy wasze rodziny na zimę - wołali rozpaczliwie. Wasze dzieci poszły do szkoły, a was przy nich nie ma. Te wszystkie podrzucone problemy budziły u niektórych pewien niepokój, ale nie rozkładały morale wojska jako całości. Po 15 września wprowadzono dla kadry trzydniowe wyjazdy do domu. Z garnizonu przyjechał autokar, zabrał 50 oficerów i podoficerów. W jedną stronę jechali nocą, trzy dni w domu i powrót nocą. Następnie kierowca dzień spał i na noc ruszał z następną grupą. Aby nie było kłótni opracowano grafik wyjazdów i każdego powiadomiono kiedy będzie jechał. Niektórzy oficerowie starali się jechać na własną rękę, przy pomocy radzieckiego śmigłowca do Legnicy i stamtąd pociągiem lub czym się dało do domu. Na mnie padło 22 września.
Tuż przed wyjazdem podjechałem do „ swoich kobiet” w Lusztenicach i powiedziałem, że wyjeżdżam na trzy dni do domu. Z obowiązku chyba wyraziły zadowolenie i prosiły, abym powiedział żonie by zatrzymała mnie w domu, bo inaczej to one się mną zajmą. Powiedziałem, żeby jej to napisały. „ A oddasz?”- spytały. „ Oddam” – odpowiedziałem. Napisały: „ Jest tu nas pięć kobiet. Zatrzymaj swego męża przy sobie, bo inaczej my się nim zajmiemy. Pozdrawiamy Ciebie i Twoje dzieci.” i wszystkie się podpisały. W domu jak w domu. Dużo radości, opowiadania i załatwiania różnych spraw. Pocztówkę z Lusztenic oddałem, a żona przygotowała odpowiedź na pocztówce z Międzyrzecza: „ Moje Panie! Mój mąż wróci do nas jak skończą się ćwiczenia. Jeśli możecie, to się nim opiekujcie.” I podpisała się imieniem i nazwiskiem zasyłając im jednocześnie pozdrowienia. Pocztówkę oddałem zaraz po przyjeździe. Kobiety wielce zdziwione odpowiedzią, ale też z szacunkiem wyraziły się o mojej żonie.
Tymczasem w dniu 22. 09 nawalił układ kierowniczy Nyski. Grupa propagandowa od tego czasu sporadycznie wyjeżdżała w teren. Do tego czasu dwie ekipy grupy propagandowej wyjeżdżały w teren codziennie. Pierwszy meldunek z dnia 2 września podawał niepokojące dane o nastrojach tak w Armii Czeskiej jak i wśród ludności cywilnej. Wszędzie panowała emocjonalna gorączka nie pozwalająca na normalną spokojną wymianę zdań. Przekonaliśmy się, że z większymi grupami ludzi nie ma co rozmawiać, bo wszyscy jak jeden wykrzykują te same hasła, tak samo machają rękami i mają te same argumenty. W każdej grupie jest jeden lub dwóch aktywnych, którzy nadają ton rozmowie. Reszta w różny sposób, bardziej lub mniej aktywnie, popiera przywódcę. Rzadko udawało nam się zorganizować jakieś spotkanie z aktywem miejskim czy wioskowym. Obiecywali, ustalaliśmy miejsce, dzień i godzinę, a po pewnym czasie powiadamiali, że rada albo jakaś inna władza nie zgodziła się. W takiej sytuacji szukaliśmy kontaktów indywidualnych. Spotkany Czech pracujący samotnie w polu, czy idący drogą lub zatrzymany w przejeżdżającym samochodzie do rutynowej kontroli był całkiem innym człowiekiem. Inaczej się zachowywał, był przyjaźniej nastawiony i bardziej rozmowny. Można było z takim porozmawiać na różne tematy. Władza etatowa nadal się nie ujawniała. Odnajdywaliśmy tylko działaczy społecznych np. przewodniczących spółdzielni produkcyjnych, terenowych działaczy KPCz czy Rady Narodowej.
O nastrojach panujących wśród ludności mogą świadczyć wypowiedzi mieszkańców miejscowości Charwatce, z którymi przypadkowo spotkałem się na jednej z ulic. Byli to pracownicy spółdzielni. Zobaczywszy stojącą Nyskę podeszli i zaczęli mówić. Było ich około 12 mężczyzn i 3 kobiety. Ponieważ nie widziałem agresji w słowach i ruchach wysiadłem z wozu i słuchałem, co do mnie mówią. Przy każdym grupowym spotkaniu mówili sami, nie dopuszczając do głosu mnie czy innych członków grupy. W tym dniu ( 1 września) zasypali mnie oświadczeniami, które mniej więcej mówiły:
nie wierzymy, że zostaliście zaproszeni przez naszych przywódców;
nie wierzymy, że na terenie Czechosłowacji jest kontrrewolucja, więc po co ta inwazja;
w tej chwili największymi naszym wrogami są „ Rusowie” i już nigdy nie będą przyjaciółmi. Niektórzy stwierdzali, że ich dzieci nie będą się uczyć w szkole języka rosyjskiego na znak protestu;
Polskę można bardziej posądzić o kontrrewolucję, gdyż wyświetla się u nas amerykańskie filmy i prowadzi szeroko rozwinięty handel z USA itp., czego nie ma w Czechosłowacji; że powinniśmy natychmiast wracać do siebie i zrobić tam porządek;
co z Dubczekiem i innymi przywódcami wywiezionymi do Moskwy, na pewno odeślą ich, tak jak waszego Bieruta, a my się na to nie godzimy.
Ktoś może mi zarzucić, że w swoim pisaniu przedstawiłem rozmowy z Czechami tak, jakbym znał język czeski. Nie znam i nawet w Polsce nie udało mi się zdobyć żadnego słownika. Czeski to jednak język słowiański i ma wiele wspólnego z językiem polskim. O tym, co mówią najczęściej się domyślałem z podobieństwa wielu słów języka czeskiego i wyjaśniali bardziej poglądowo przy pomocy gestykulacji czy nawet rysunku lub specjalnego doboru słów. Wielu znało rosyjski, ale w tym języku nie chcieli rozmawiać. Były też sytuacje komiczne, kiedy wypowiadane słowo w ich języku znaczyło zupełnie co innego w języku polskim.
W innych miejscowościach sytuacja też nie była lepsza. Zapis w meldunkach o nastrojach i stanie moralno - politycznym, wysłanym w dniu 3.09.68 do Wydziału politycznego 4 DZ w punkcie: nastroje wśród ludności cywilnej CSRS mówił:
„ Nastroje wśród ludności cywilnej w dalszym ciągu nie ulegają poprawie. Stwierdzają to grupy propagandowe, które w dniu 2.09 były w n/w miejscowościach:
a) Dobrowice: Miejscowe władze, za wyjątkiem przewodniczącego prezydium Rady Narodowej, są szczególnie wrogo nastawione do naszych wojsk. Sekretarz prezydium posiada szczególnie antypolskie i antyradzieckie poglądy, które wyraża głośno i demonstracyjnie. Nazywa nas okupantami. W mieście widoczne są reakcyjne napisy. Na tablicy ogłoszeń odezwa podpisana przez około 20 osób wzywająca do biernego oporu przeciw naszym wojskom, podpisana m. in. przez: Waclaw Hawel - zawód spisowatel; Jarosław Klapste - malarz; Wladimir Konarek - malarz oraz kilku architektów i przedstawicieli innych zawodów.
Komendant SMB w stopniu kapitana grupę propagandową przyjął wrogo. Oświadczył, że nie ma pozwolenia od władz z Mlada Boleslaw na rozmowy z wojskiem okupacyjnym. Sekretarz GRN nazwiskiem Czerwenkow ustosunkowany wrogo, wyraźnie unika z nami kontaktów… Dzieci i młodzież nie podchodzą do nas.
b) Uherce: Spółdzielnia produkcyjna. Przewodniczący chętnie przyjąłby pomoc naszych żołnierzy przy żniwach, lecz obawie się swego otoczenia. Sekretarz spółdzielni ustosunkowany wrogo jak i miejscowa ludność. Ulotki i satyra polityczna na tablicach propagandowych wrogie Układowi Warszawskiemu. Na jednej z bram napis: „ Wymieńcie czołgi na kawałek chleba”.
c) Smeczice: Nie widać wrogiego stosunku do nas, nie widać wrogich napisów, ludność uprzejma. Kierownik miejscowej gospody wyraża sympatię do naszych wojsk.
d) Brodce: Spotkano się z przewodniczącym Rady Narodowej, panem Wacaskiem. Wybierał się do m. Mlada Boleslaw po instrukcje do pracy. Umówiono się z nim na dzień 3.09 godz. 1000.
e) Lusztenice: Rozmawiano z sekretarką i pracownicą Rady Narodowej pod nieobecność przewodniczącego. Obie kobiety nie przyjmowały żadnych, z naszej strony, wyjaśnień odnośnie pobytu wojsk w Czechosłowacji.
W czasie przejazdu przez wsie i osiedla nie dostrzega się nowych haseł, stare wiszą bez zmian. Ludność nie przejawia zbytniej ochoty do rozmów.
W dniu 2.09.68 grupa oficerów 2 bpz nawiązała kontakt z sołtysem, który stwierdził, że gdyby ich władze zrealizowały uchwały z Czernej i Bratysławy, to nie byłoby tu naszych wojsk. Twierdzi, że jest obecnie uznany jako kolaborant za swój przyjazny stosunek do nas. Uważa on, że A. Dubczek nie utrzyma się dłużej jak pół roku. Będzie zdjęty, bo nie nadaje się na to stanowisko. W jego wiosce nie było i nie ma żadnych wrogich napisów, gdyż on osobiście nie zezwalał na ich wywieszanie. Twierdzi on, że wojska Układu Warszawskiego będą w CSRS nie mniej jak dwa lata.”1
Takich rozmów obie grupy przeprowadzały dziesiątki dziennie. Wokół kolumn i na biwakach kręciło się dużo dzieci. Były ciekawe przybyszów - okupantów, którzy ich nie przeganiali, uśmiechali się przyjaźnie i częstowali sucharami i kostkami kawy. Na ich „ dobry dzen” żołnierze odpowiadali uśmiechami. Wielu czeskich chłopców przychodziło na nasze posterunki i zaprzyjaźniało się z żołnierzami. Przynosili im owoce ze swoich przydomowych sadów. Uczyli żołnierzy niektórych słów języka czeskiego, a i sami poznawali słowa polskie. Czasami na biwakach rozlegały się śpiewy przy akompaniamencie gitary piosenek znanych i w Polsce i w Czechach. Śpiewali je wspólnie. I mimo srogiego reżymu i zakazów kontaktowania się z nami dzieci, a i młodsza młodzież podchodziła do naszych kolumn. Do czasu. Z meldunku z dnia 4.09.1968r „… Przekazał nam, że w przeddzień rozpoczęcia roku szkolnego minister oświaty wygłosił przemówienie do młodzieży szkolnej w duchu nacjonalistycznym i szowinistycznym, a armie Układu Warszawskiego nazwał okupantami. I dalej obywatel ten mówił, że „ tym samym zdziałał on ( minister oświaty) olbrzymią szkodę w sercach młodzieży, którą trudno będzie naprawić. Ile to szkody może zrobić jeden człowiek”.2
Za słowami ministra poszły czyny nauczycieli. W miejscowościach, gdzie są szkoły zaczęły powstawać kilkuosobowe grupy „ terrorystyczne”, mające na celu zastraszanie tak dorosłych, jak i młodzieży. Zapowiadano, że posądzonym o kolaboranctwo, głównie kobietom i dziewczynom, ścinać będą włosy, aby tak napiętnowane odstraszały innych od kontaktów z nami. Na przykład w miejscowości Śmilowice wykryliśmy szajkę ob. Waclawa Kowacza plus pięciu młodych ludzi powołanych do tego celu. Z meldunku z dnia 9.09: „… W rejonie naszego batalionu czołgów dzieci z m. Lusztenice mówiły, że nauczyciel, ob. Stachowski, zabronił im (to jest uczniom) kontaktować się z naszymi żołnierzami grożąc mandatem”.
Z meldunku o nastrojach z dnia 10.09.68r. „… W dniu 9.09.68r. sprawdzałem prawdziwość meldunków o komitecie do nakładania mandatów na ludność cywilną za rozmowy z nami. Nie uzyskałem żadnych faktycznych materiałów nałożenia kary. Przeprowadziliśmy rozmowy w tej sprawie z szefem Urzędu Bezpieczeństwa w Lusztenicach, z pięcioma kobietami, pracownicami GRN w Lusztenicach, z oficerem kontrwywiadu CzAL mjr Bialakiem oraz ze sporą grupą młodzieży szkolnej. Rozmowy prowadziliśmy dyskretnie. Szef SNB, kobiety i mjr Bielak nic na ten temat nie mogli nam powiedzieć. Są przypuszczenia, że w szkole na temat wrogiego stosunku do naszej armii coś niecoś się mówiło. Młodzież szkolna twierdzi, że taki komitet istnieje. Młodzież jest bardzo ostrożna. Nie podaje swych nazwisk ani imion. Nauczyciela o nazwisku Stachowski nie ma w Lusztenicach. Dowiedzieliśmy się, że facet ten jeździ jasnym samochodem. W Lusztenicach jest mjr Stachowski - jako dowódca ośrodka szkolenia spadochronowego…”. Ze szkołą był związany poprzez prowadzenie na zlecenie pewnych zajęć z WF i przysposobienia obronnego. Nie udało się nam z nim spotkać, ale zajął się nim chyba skutecznie mjr Bilak, bo komitet po kilku próbach przestał działać.
Do obowiązków mojej ekipy należało również obserwowanie zachowania się społeczeństwa czeskiego i wówczas, kiedy nic się nie działo. Pewnego razu stanęliśmy na rynku w m. Charwatce. Pogoda była upalna, a godzina przedpołudniowa. Leniwie siedzieliśmy w Nysce i obserwowaliśmy co się dzieje. W zasadzie nic się nie działo. Ludzie przyzwyczaili się do naszego widoku i już nie zaczepiali i nie prowokowali. Inne grupy polskich żołnierzy do miasteczka nie wchodziły. Byliśmy więc jedynymi „ okupantami”, których widzieli. Rynek, na którym staliśmy był w kształcie kwadratu zabudowanego niskimi budynkami mieszkalnymi. Na ich parterach usytuowano kilka sklepów i jakieś zakłady usługowe typu fryzjer. Staliśmy naprzeciwko gospody. Nad wejściem do niej napis „ Hosciniec” a na ulicy ława, na której siedziało kilku Czechów pijąc z wielkich kufli piwo. Odległość około 15- 20 metrów. Obserwując nas Czesi co jakiś czas podnosili kufle w górę i potrząsali nimi w naszym kierunku coś przy tym między sobą mówiąc. Przyjęliśmy to jako danie nam do zrozumienia, że „ my jesteśmy u siebie i popijamy dobre czeskie piwo, a wy, okupanci, siedzicie w tym pudle i smażycie się na słońcu”. Gdzieś po godzinie tej demonstracji postanowiłem zareagować. W Nysce, obok skrzynki granatów i amunicji, miałem też, przydzielone mi przez kwatermistrzostwo, piwo, dwie skrzynki. Miało ono służyć jako poczęstunek w wypadku nawiązania rozmowy. Czesi chętnie pili piwo, a polskiego „ Żywca” szczególnie cenili. Etykietka z butelki była rozpoznawana. Właśnie mieliśmy piwo żywieckie. Wzięliśmy po jednej butelce i pijąc czyniliśmy takie same gesty jak i oni, ale w ich kierunku. Pokiwali głowami i przestali.
Tam też zauważyłem ciekawe i nie spotykane w Polsce kulturowe zjawisko związane z piwem. W pewnym momencie z gospody wyszedł mały chłopiec, może 7 - 8 lat. W rękach trzymał szklany , dwulitrowy dzban z dwoma uchami. Takie dzbanki, specjalnie do przenoszenia piwa, podobno są w każdym czeskim domu. Chłopiec szedł bardzo ostrożnie uważając aby z dzbanka, napełnionego prawie z czubkiem, nic się nie wylało. Co jakiś czas przystawał i pociągał łyk. Przechodził właśnie obok, więc go zapytałem komu niesie to piwo. Odpowiedział, że wysłała go mama bo dziś na obiad będą ziemniaki , sałata, mięso i piwo. Zapytałem go czy to piwo tylko dla dorosłych. Odpowiedział, że piwo będą pili wszyscy nawet on i jego młodsza siostra. No gdyby tak u nas wysłać malca po piwo, a nie daj Boże jeszcze dać mu do picia przy obiedzie. Byłby wielki skandal. No, ale co kraj to obyczaj.
Od dnia 29.09 miałem utrudnione zadanie pracy wśród ludności cywilnej. Mój dyspozycyjny pojazd, czyli Nyska propagandowa, ze względy na uszkodzenie układu kierowniczego, stał na kołkach. Zabierałem się więc w teren transportem kwatermistrzowskim, lub innymi pojazdami dojeżdżającymi do batalionów. Działałem w ich rejonach, a potem też wracałem jakąś okazją. Często zdarzało się nocować w batalionie ze względu na brak powrotnego transportu. Części do naprawy Nyski nie udało nam się ściągnąć do końca pobytu w Czechosłowacji. Część drogi powrotnej, którą pułk odbył na własnym chodzie – przejechałem samochodem z uszkodzonym mechanizmem kierowniczym.
„Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”. Miałem więcej czasu na pracę z kadrą i żołnierzami. W tym czasie przebywała w pułku komisja inspekcyjna MON. Miałem więc sporo roboty z przygotowaniem kadry do sprawdzianu z zagadnień politycznych, wyprowadzeniem na bieżąco dokumentacji szkoleniowej, a także ewidencji sprzętu propagandowego przekazywanego nam w warunkach polowych bez pokwitowania. Dokonywałem też codziennych analiz stanu nastrojów i dyscypliny stanu osobowego pułku. Wprawdzie tymi sprawami zajmował się instruktor polityczny kpt. Grzymała, ale potrzebna mu była pomoc zwłaszcza w analizie wydarzeń oraz w formułowaniu myśli w meldunkach pisemnych wysyłanych codziennie do Wydziału Politycznego dywizji. Inspekcja wypadła bardzo dobrze. W inspektorskim wysłuchaniu padały skargi na zjawiska ogólnie nam znane i często sygnalizowane w codziennych meldunkach. Były to więc skargi na wyżywienie. Brak jego urozmaicenia, na jakość chleba oraz na nędzne zaopatrzenie kantyny, w której prawie nic nie było. Były pytania o czas pobytu w tym państwie oraz skargi na brak przepustek i urlopów okolicznościowych, a w razie ich otrzymania, trudności z przekroczeniem granicy. Były skargi na brak zaopatrzenia w łóżka polowe, piecyki i opał. W zimne noce żołnierze marźli. Nie było skarg na stosunki międzyludzkie, co w swoim protokóle szczególnie zaznaczyła komisja.
Od 24.09 następowała też wymiana częściowa żołnierzy. Tym, którym kończyła się służba wracali do garnizonu, a na ich miejsce przybywali młodzi żołnierze. W dniu 26.09 przybyła grupa 122 żołnierzy rezerwistów powołanych na trzymiesięczne przeszklenie.
Sekcja Polityczna miała też dużo pracy, zwłaszcza przed obchodami 25 rocznicy powstania LWP, przypadającej w dniu 12.10. Poczta polowa przywoziła setki listów od organizacji społecznych, szkół , zakładów pracy i zwykłych ludzi. Przyjęliśmy zasadę, że na każdy list zawierający adres zwrotny, wysyłamy podziękowanie. Poza tym zaczęły odwiedzać nas delegacje zakładów pracy, Już 24.09 przybyła delegacja hutników z huty „Bobrek” z Bytomia, a dwa dni później też hutnicy z huty im. „B. Bieruta” z Częstochowy. Na same uroczystości zapowiedziała się dość liczna delegacja mieszkańców Międzyrzecza oraz delegacja górników kopalni węgla kamiennego „Anna” z Pszowa. Przygotowanie pobytu kilkudziesięcioosobowej grupie, pochłaniało dużo czasu nam i służbom kwatermistrzowskim. Górnicy przyjęci zostali przez pododdziały stacjonujące przy sztabie pułku. Inne delegacje, po spotkaniu z dowództwem, kierowane były do poszczególnych batalionów. Odbywały się spotkania z rozdawaniem przywiezionych prezentów, uroczyste apele z przemówieniami okolicznościowymi Goście życzyli nam rychłego powrotu do kraju. Natomiast nasi, wyżsi przełożeni, widocznie się nudzili, bo zarządzili na dzień 12 i 13.10 kontrolę kwatermistrzowską we wszystkich pododdziałach pułku. Czar dawno oczekiwanego święta, do którego wszyscy przygotowywali się jak do wielkiej uroczystości, pryskł.
W połowie października morale wojska podniosła wiadomość o podpisaniu w Moskwie porozumieniu o częściowym wycofaniu z terenu Czechosłowacji wojsk Układu Warszawskiego. Jednostki lusztenickie dostały rozkaz ewakuowania się do garnizonu Koszyce na wschodzie Słowcji. W kilka dni później koszary zajęły dwa plutony żołnierzy radzieckich, które miały za zadanie przygotowania koszar dla jakiejś jednostki specjalnej. W dniu 18.10 batalion czołgów zakończył blokadę koszar i zaczął przygotowania do powrotu do kraju. W dniu 23.10 batalion, z przygodami spowodowanymi przez sabotażową robotę czeskich kolejarzy, polegającej na podstawieniu nie takich jak potrzeba wagonów i w mniejszej ilości i po interwencji, batalion załadował się na transport i wieczorem tego dnia wyjechał w drogę powrotną do kraju. Pułk miał wyruszyć za kilka dni.
Czas ten wykorzystałem na pożegnanie się z moimi czeskimi współpracownikami. Najbardziej serdecznie pożegnał mnie przewodniczący Rady Narodowej m. Jabkienice pan Stefan Bobak. W obecności członków Rady i pracowników wyraził zadowolenie ze współpracy ze mną i życzył mi wszystkiego najlepszego. Na pożegnanie wręczył mi swój adres z prośbą abym do niego kiedyś napisał. W czasie pobytu na terenie Czechosłowacji tylko w tym miasteczku byliśmy przyjmowani w miarę serdecznie i przyjaźnie.
Pojechałem też pożegnać się z moimi kobietami w Radzie Narodowej w Lusztenicach, dzięki którym miałem w miarę dokładne informacje o tym co się działo za ogrodzeniem koszar i wśród mieszkańców. Tu już nie było takiego entuzjazmu. Wpłynęła na to decyzja o dyslokacji jednostek. Kobiety, żony żołnierzy zawodowych mogły się wreszcie wyładować na jedynym znanym im okupancie. Po wysłuchaniu ich żalów ( przypuszczałem tylko że to żale, bo słów nie rozumiałem) i osłabnięciu emocji powiedziałem im o naszym wyjeździe. Pani Irina Litarowa stwierdziła wtedy, że lepiej abyśmy my tu zostali niż mają tu przyjść Ruskie. Jednak pożegnały się ze mną. Na odchodne dałem każdej po jednej czekoladzie wedlowskiej specjalnie na tę okazję kupione mi w Lubawce przez jednego z oficerów, który załatwiał coś ze strażą graniczną.
W dniu 25 października o godzinie 5.00 rozpoczęliśmy marsz do kraju. Granice tym razem przekraczaliśmy w Harakovie w kierunku na Świeradów. Ze Świeradowa jeszcze kilkanaście kilometrów do miejscowości Stara Kamienica, gdzie nastąpił postój, a następnie załadunek na transport. Dalszą drogę odbyliśmy koleją.
28 października jesteśmy w Międzyrzeczu. Miasto udekorowane, przygotowane do uroczystego powitania. Polowa trybuna przed Liceum Ogólnokształcącym, przemówienia, okrzyki i kwiaty. Defilada pod ratuszem. Całe miasto wyległo na ulicę aby powitać swych chłopaków, czasem kłopotliwych, ale bez których miasto traci swój blask.
REFLEKSJA.
Po transformacji ustrojowej, z początkiem lat dziewięćdziesiątych, gwałtownie zaczęto wymazywać z nazwy wojska słowo „ludowe”. Za tym poszło usuwanie z tradycji jednostek wszelkich wydarzeń związanych z udziałem LWP w walkach o wyzwolenie Polski. Czyniono to przy okazji reorganizacji jednostek wojskowych, nadając nowym imiona i nazwy związane z ugrupowaniami wojskowymi walczącymi na Zachodzie i noszącymi gdzieś tam głęboko w historii te same numery. Przekształcając 17 pułk zmechanizowany w 17 Brygadę Zmechanizowaną odarto tę ostatnią z chlubnych tradycji walk z hitlerowskimi Niemcami w ramach 5 Dywizji Piechoty II Armii Wojska Polskiego pod Budziszynem i udziale w wyzwoleniu Czechosłowacji. Oddziały 17 pp doszły, w krwawych bojach aż do Mielnika.
Nadając nowym jednostkom nazwy i tradycje jednostek wyciągniętych z lamusa, czyni się tak samo jak przy wyborze daty święta narodowego w Republice Rosji – gdzie wygrzebano datę tego święta z wydarzenia wypędzenia Polaków z Moskwy, mającego miejsce ponad 400 lat temu.
Niektóre wydarzenia z historii LWP są wręcz pokazywane i przedstawiane jako zbrodnicze. Do takich zalicza się udział LWP w inwazji na Czechosłowację w 1968 roku. Nie wnikam w aspekty polityczne tego wydarzenia. Wnikam w postawy moralne żołnierzy. Polityka ówczesnych władz, a postawa moralna wojska, to dwie różne sprawy. Decyzje podejmują politycy i oni wydają strategiczne rozkazy – natomiast honorem żołnierzy jest wykonać je jak najlepiej. Dla żołnierza wykonanie rozkazu jest sprawą honoru. Honorem armii i wchodzących w jej skład jednostek wojskowych, jest jak najlepsze wykonanie zadania.
W celu ratowania honoru 17 pułku zmechanizowanego i żołnierzy biorących udział w tym wydarzeniu, w przededniu 29 rocznicy wkroczenia pułku do Czechosłowacji, napisałem do dowódcy 17 Brygady Zmechanizowanej w Międzyrzeczy pana generała brygady Mirosława Różańskiego list, który zamieszczam poniżej. Do listu załączyłem część tej książki mówiącej o „Czechosłowacji – 1968”.
„Szanowny Pan gen. bryg. Mirosław Różański
Dowódca 17. Brygady Zmechanizowanej
Międzyrzecz Wielkopolski.
Szanowny Panie Generale.
Zbliża się trzydziesta dziewiąta rocznica interwencji zbrojnej wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji ( 21.07.). Z tej okazji pozwoliłem sobie przesłać Panu swoje wspomnienia jako uczestnika tamtych wydarzeń. Wraz z 17 pułkiem zmechanizowanym, którego tradycje dziedziczy 17 Brygada, brałem udział w tej kampanii od pierwszego do ostatniego dnia pobytu naszych wojsk w Czechosłowacji.
Wiem jaki jest obecnie stosunek kierownictwa MON, kierowanego przez dyżurnych historyków będących na usługach niektórych polityków, do tradycji ludowego Wojska Polskiego . Jest negatywny. Wiem, że interwencja w Czechosłowacji jest uważana jako akt brutalnej agresji w interesy obcego państwa. Jest potępiana jako zło absolutne, godne wymazania z kart historii i tradycji. Tak się też dzieje. Takim stosunkiem do historii wyrządza się wielką krzywdę moralną dziesiątkom tysięcy żołnierzy LWP i stara się wyrobić w nich poczucie winy.
Byłem żołnierzem zawodowym przez 40 lat. Nie uwa- żam, żeby jednostki wojskowe, w których służyłem, a zwłaszcza 17pz, podejmowały jakieś działania niezgodne z honorem żołnierskim.
W 17pz nie było ni jednego żołnierza zawodowego, a i zasadniczej służby wojskowej, który byłby przeciwny udziałowi w tej interwencji i przeciw niej protestował. Wyruszyliśmy, bo tak nakazywał żołnierski obowiązek, przysięga wojskowa i żołnierski honor. W myśl tych ideałów nie wkraczaliśmy tam jako okupanci. Byliśmy przekonani, że niesiemy braterską pomoc bratniemu narodowi. I tak też wykonywaliśmy swoje zadania. Żaden żołnierz 17pz nie splamił się jakimś niemoralnym czynem.
Uważam, że kombatanci tamtych wydarzeń wykonali swoje zadanie z honorem i z podniesioną głową mogą patrzeć w oczy nie wstydząc się udziału w tej misji.
Szanowny Panie Generale.
Niedawno Pańscy żołnierze brali udział w misji w Iraku. Na pewno kilkunastu Pańskich żołnierzy walczy obecnie w Afganistanie. Różnica między tymi interwencjami jest taka, że zmienił się tylko sojusznik. Nie wiem jak historia oceni udział naszych wojsk w działaniach u boku Stanów Zjednoczonych, ale jeżeli nawet oceni negatywnie, to nie Pana i Pańskich żołnierzy, lecz polityków za błędne decyzje. Za wysłanie wojsk polskich na San Domingo – historia obarczyła odpowiedzialnością Napoleona Bonaparte. Pańscy żołnierze natomiast wrócą do kraju w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Zapiszą się złotymi zgłoskami na kartach historii Brygady, a ich bohaterskie czyny zapamiętane będą w jej tradycjach. Czy dobrze byłoby, gdyby przy okazji kolejnych zmian politycznych, oceniono Pańskich żołnierzy negatywnie i pozbawiono ich czci i honoru? Moim zdaniem byłoby bardzo źle.
Nie wiem czy „Czechosłowacja 1968” ekspono- wana jest w tradycjach Brygady. Jeśli została wymazana, to istnieje w nich „biała plama”, która powstała w wyniku politycznych rozgrywek.
Nie wiem, czy z tej okazji wypada składać Panu jakieś życzenia. Uważam jednak, że dobre słowo od starego żołnierza zawsze się przyda. Dlatego też życzę Panu sukcesów w dowodzeniu Brygadą, a także dużo zdrowia i pomyślności w służbie.
Z wyrazami szacunku
ppłk w st. spocz. mgr Arkadiusz Henszel
P.s.
Swoje wspomnienia napisałem z pozycji oficera sekcji politycznej i wedle własnych spostrzeżeń i ocen. Na pewno inaczej wspominają tam pobyt szeregowcy stojący na blokadach obiektów, inaczej dowódcy przywiązani do jednego stanowiska dowodzenia, czy inni oficerowie sztabu nie mający możliwości przemieszczania się w terenie. Jest to więc moje subiektywne spojrzenie, jednak oparte na obiektywnych faktach”.
List wysłałem priorytetem poleconym, więc na pewno doszedł do adresata. Jednak Gen. Bryg. nie miał na tyle taktu, by osobiście, lub przez swojego rzecznika prasowego chociaż podziękować. Widocznie treść listu nie przypadła Generałowi do gustu. Trudno... Tacy są obecni generałowie.
1 Z zeszytu meldunków o nastrojach 17 pz z dn. 3.09.68r. W posiadaniu autora.
2 Rozmowa z przewodniczącym Rady Narodowej w Brodcach, ob. Wocaskiem w dniu 3.09.
sobota, 29 sierpnia 2009
29.08. 2009 r
W dniu dzisiejszym założyłem swój blog. Nie wiem jeszcze dokładnie jak się w nim poruszać jest tu
tyle informacji, że potrzeba będzie kilku tygodni aby sie tego nauczyć i posługiwać się nim biegle. Mam wiele pytań i wątpliwości i wiele nieznanego.
- nie wiem jak wejść na blog kogoś, na przykład posła Kalisza czy Krystyny Jandy,
- nie wiem jeszcze jak z mojego komputera mogę przenosić do blogu swoje pisanie, na przykład opowiadania (90 stron) czy wspomnienia (305 stron). Muszę się tego nauczyć.
W dniu dzisiejszym założyłem swój blog. Nie wiem jeszcze dokładnie jak się w nim poruszać jest tu
tyle informacji, że potrzeba będzie kilku tygodni aby sie tego nauczyć i posługiwać się nim biegle. Mam wiele pytań i wątpliwości i wiele nieznanego.
- nie wiem jak wejść na blog kogoś, na przykład posła Kalisza czy Krystyny Jandy,
- nie wiem jeszcze jak z mojego komputera mogę przenosić do blogu swoje pisanie, na przykład opowiadania (90 stron) czy wspomnienia (305 stron). Muszę się tego nauczyć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)